Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sokolnictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sokolnictwo. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Różne takie książki
Książka pewnie poza zasięgiem, ale jest ciekawe omówienie tutaj. Jednym słowem połączenie amerykańskiej medycyny weterynaryjnej z długoletnią praktyką w UAE, ze szczególnym uwzględnieniem polowania z ręki na hubarę. Musi być niezłe.
środa, 17 listopada 2010
Pieśni sokolnicze
U nas dni coraz krótsze i coraz smutniejsze, ale za to na pustyni zaczyna się robić trochę chłodniej. Już jest w granicach 26-27 stopni, czyli dość spoko. Zazieleni się i zakwitnie chuzamą co prawda dopiero za kilka tygodni, ale sezon polowania na hubarę zasadniczo się zaczął. Co ciekawe, wygląda na to, że hubara jako gatunek bardzo się umocniła na Półwyspie Arabskim - czyżby efekt prowadzonych jednak od ładnych paru lat działań ochronno-reintrodukcyjnych, a może po prostu skutek drastycznego zmniejszania się miejscowej populacji koczowniczej, czyli wymarcie Beduinów jako naturalnych konsumentów wszystkiego, co na tej pustyni zwykło żyć? Tak czy owak, nie jest to z pewnością kres mody na beduiński styl życia, oto więc kolekcja arabskich pieśni o tematyce sokolniczej.
niedziela, 26 września 2010
Sokolarnia na Czantorii
Za główną atrakcję jest zapewne uważany orzeł bielik, ale jest też kilka pustułek, myszołowów, bardzo fajne sowy, no i właściwe ptaki sokolnicze, rarogi, harrisy, sokoły wędrowne. Posiedziałam chwilę, porobiłam parę fajnych zdjęć... Widać, że ptaki są w dobrej formie. Na razie więc dobrze, że jest, fajnie byłoby, gdyby w przyszłości rozwinęło się bardziej, bo moja idea tego typu rzeczy jest jednak ściśle powiązana z pewną wizją historyczno-kulturową, ale to wymaga inicjatywy, i to wychodzącej nie tylko od samych pasjonatów, ale też jednak trochę ze strony instytucji zajmujących się tzw. dziedzictwem. Wystawy powinny być na zamkach i w tego rodzaju miejscach, no i powinno być przy tym więcej animacji. Co prawda właśnie kiedy byłam na Czantorii, ptaki były trochę noszone na rękawicy, karmione i "wyprowadzane na spacer", ale wydawało mi się, że obsługa próbowała zrobić to raczej dyskretnie, pomimo obecności zwiedzających, a nie po to, aby publikę zabawić czy dostarczyć jej więcej sokolniczych wrażeń. Rozumiem, że w sokolnictwie głupi ludzie czasem irytują i przeszkadzają ("Ale mnie się to nie podoba, że one są przywiązane na tych sznurkach"), poza tym jest duża obawa o bezpieczeństwo i ewentualne konsekwencje zbyt bliskich spotkań ("Prosimy o niewyciąganie rączek do ptaszków").
Porównuję to z innymi wystawami sokolniczymi, jakie kiedyś widziałam, np. na zamku Borgiów w Peniscola w Hiszpanii, gdzie dzieciakom dawano rękawicę i pozwalano brać ptaki na rękę czy karmić, więc widocznie nie jest to tak całkiem sprzeczne z przepisami unijnymi... No ale wiadomo, że to wszystko wymaga większych nakładów, organizacji, rozmachu, większej liczby (nieprzypadkowych) osób do obsługi. Pewnie u nas z czasem też tak będzie. Na razie cieszę się, że jest ta sokolarnia na Czantorii, gdzie wszystko jest może i małe skalą, ale profesjonalne pod względem troski o ptaki, nawet jeśli niektórym wrażliwym mamusiom wydaje się, że to powinno być jakoś inaczej zorganizowane. Ale kto się zna, ten doceni, że tak jak jest, jednak jest zgodnie z zasadami jakiejś sztuki.
piątek, 13 sierpnia 2010
Pomnik sokoła w Sevilli
Przed niewielkim muzeum przyrodniczym w Sevilli, Casa de la Ciencia, zorganizowanym w dawnym pawilonie wielkiej Wystawy Iberoamerykańskiej z 1929, zobaczyłam taki oto całkiem fajny pomnik sokoła. W środku za wiele niestety o sokołach nie było, z wyjątkiem paru akwarel Juana Vareli w ramach cyklu poświęconego ptakom z mokradeł parku narodowego Donana w ujściu Guadalquiviru. Ale to spiżowe ptaszysko pewnie budzi zazdrośc niejednego szejka, któremu by to jak raz pasowało przed rezydencją. O ile już sobie nie pozamawiali replik...
poniedziałek, 3 maja 2010
Początki sokolnictwa u Arabów
Zawsze zastanawiało mnie, od kiedy właściwie Arabowie zajmują się sokolnictwem. Niektórzy mówią, że w czasach przedmuzułmańskich polowali przede wszystkim z psami, czy też, jak się wyraża Milczarek, "gromadnie" (cokolwiek miałoby to właściwie znaczyć: z nagonką, przez strącanie zwierzyny, np. gazel ze skalnego urwiska? - nie mam pojęcia). A jednak trudno wręcz wyobrazić ich sobie bez nieodłącznego towarzystwa ptaków. Z drugiej strony, rzeczywiście wiele wskazuje na to, że sokolnictwo narodziło się gdzie indziej, dalej na Wschód. Oczywiście fakt, że to z innych terenów pochodzą najstarsze świadectwa w postaci przedstawień plastycznych o niczym tu nie świadczy, bo życie koczowników nie pozostawia śladów; nie wznoszą oni królewskich ani książęcych grobowców, nie rzeźbią monumentalnych reliefów ze scenami polowań, co nie musi oznaczać, że nie polują. Jednakże sokolnictwo arabskie nosi pewne cechy praktyki importowanej. Importowane są na przykład same ptaki: już w pierwszych wiekach islamu najwyżej ceniono "białe" (tzn. o jaśniejszym upierzeniu), pochodzące z Dżurdżanu, czyli znad Morza Kaspijskiego. Samo słowo "bayzara", określające ten rodzaj polowania, pochodzi od perskiego "baz", oznaczającego jastrzębia, ptaka charakterystycznego bardziej dla terenów położonych dalej na Wschód niż dla sokolnictwa arabskiego w takiej postaci, w jakiej znamy je z późniejszych epok.
Myślę, że bezsprzecznie wskazuje to na fakt, że w pierwszych dziesięcioleciach i stuleciach islamu zaszły ważne udoskonalenia i przemiany technik polowania z ptakami drapieżnymi, wynikające z szerszego niż do tej pory kontaktu Arabów z innymi kulturami. Dopiero wówczas sokolnictwo przestało być po prostu jedną z praktyk zapewniających przetrwanie, a wyrosło do rangi zajęcia kulturowego par excellence. Dopiero wówczas doszło do "uświęcenia" sokoła jako symbolicznego nośnika abstrakcyjnych wartości, takich jak czujność, dar jasnego osądu i głębi wglądu, także w kategoriach mistycznych. Wielu orientalistów zastanawiało się, dlaczego Koran tak niewiele mówi o sokołach. Oczywiście są to dociekania już na wstępie oparte na chwiejnych przesłankach, bo Koran mówi wiele lub niewiele tylko i wyłącznie w odniesieniu do oczekiwań samego orientalisty i jego subiektywnego osądu, ile tak naprawdę "powinien" mówić. Snuto więc domysły, iż Mahomet, człowiek miasta, nie był zbyt silnie związany z obyczajami pustyni... Tak czy owak, Koran nie wspomina o sokolnictwie wprost; podaje tylko ogólne przepisy dotyczące spożywania mięsa pochodzącego z polowania, nie rozwodząc się nad tym, jaką dokładnie techniką to mięso miało być pozyskiwane.
A jednak to nieprawda, że Arabowie zapoznali się z sokolnictwem dopiero w początkach ery muzułmańskiej, nie nauczyli się go od Persów. Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej Kindowie, potomkowie dawnych Sabejczyków zamieszkujący od V wieku n.e. Arabię centralną, znali tę praktykę już w czasach przedmuzułmańskich i że pełniła ona ważną rolę w ich kulturze. W pierwszej połowie VI wieku opiewał ją w Ayyam as-sayd ("Dniach polowania") królewicz Kindów, Imru al-Qajs. Zasłynął jak wiadomo przede wszystkim jako piewca kobiety oraz konia arabskiego, zdolnego, jeśli wierzyć jego chełpliwym opisom, do prześcignięcia nawet gazeli; sokół ginie tu jeszcze w tle. Ale Al-Masudi pisząc w X wieku swoje Łąki złota przypisuje wynalazek sokolnictwa właśnie Kindom. Opiera się w tym sądzie na informacjach autora z VIII wieku, sokolnika Adama Ibn Muhriza, który sam wywodził się z Lachmidów, a więc nie miał powodu, żeby zmyślać, przypisując Kindom odkrycie sztuki, której sam był kontynuatorem.
Legenda przypisująca pochodzenie sokolnictwa oryginalnemu wynalazkowi Arabów w czasach królestw i plemion przedmuzułmańskich jest więc bardzo stara. Jak pisze Al-Masudi, "pierwszym, który użył rarogów do polowania był Al-Harith ibn Muawija ibn Tawr al-Kindi, ojciec plemienia Kinda. Pewnego dnia ujrzał on myśliwego, który właśnie zastawiał sidła na wróble; nagle drapieżny ptak [...] runął na uwięzionego w sidłach wróbla, zaczął go pożerać i sam uwiązł w sidłach. Zdumiony król kazał go sobie przynieść. Ptak miał złamane skrzydło, ale nie przestał zjadać wróbla. Król rzucił go w kąt namiotu. Lecz po jakimś czasie zauważył, że raróg oswoił się, pozostał tam i nie uciekał. Kiedy rzucano mu pożywienie, zjadał je, a kiedy widział mięso, wspinał się na rękę swojego pana. Doszedł do tego, że odpowiadał, kiedy go wołano i przychodził, aby wziąć jedzenie. Zachwycono się jego układnymi manierami, kiedy to pewnego dnia, zobaczywszy gołębia sfrunął ku niemu z pięści, na której siedział, i chwycił go. Od tego właśnie czasu król rozkazał używać tych drapieżnych ptaków do polowania". Przyznam, że Harith ibn Muawija nie występuje w dostępnych mi tabelach dynastycznych Kindów, ale panowanie ojca tego rzekomego pierwszego sokolnika, czyli Muawiji ibn Tawra, przypada gdzieś około roku 385, tak więc można przypuszczać, że początki arabskiego sokolnictwa to przełom IV i V wieku n.e. Kindowie zamieszkiwali wówczas jeszcze nie Arabię centralną, do której przenieśli się później, ale tereny Jemenu, a ściślej Hadramawt, i byli częścią konfederacji plemiennej Himyarytów. Zakładając więc, że moje rozumowanie jest słuszne, to rzeczywiście, jeśli sokolnictwo pojawiło się w tym miejscu i w tym czasie, musiało być niezależnym wynalazkiem lokalnym, dokonanym w regionie położonym - jak sobie wyobrażam - względnie daleko od możliwych źródeł sokolniczych inspiracji.
Tenże sam Al-Masudi przyznaje, że jastrzębiarstwo istniało gdzie indziej znacznie wcześniej, jak choćby w Egipcie w czasach diadochów, co może świadczyć, że przywędrowało na obszar śródziemnomorski z Azji już w czasach podbojów Aleksandra Wielkiego. Wspomina też o sokolnictwie na dworze cesarskim Bizancjum, gdzie układano sokoły wędrowne. Jednak Arabowie mieli je odkryć na własną rękę, zapoczątkowując osobną linię rozwojową, różniącą się od innych tradycji.
PS. Mam jeszcze inną, bardziej fantastyczną hipotezę, łączącą się z moimi nieoficjalnymi, ale mocno ugruntowanymi poglądami na pochodzenie Arabów. Otóż Arabowie przybyli na Półwysep Arabski z północy, w czasach stosunkowo niedawnych (dlatego właśnie - odliczając skutki koligacenia się z czarnymi niewolnikami w ciągu ostatnich kilku wieków - mają bardzo jasną skórę jak na warunki nasłonecznienia, w jakich żyją; i dlatego też właśnie wykazują taką obsesję na punkcie wszelkich tekstyliów, w jakie szczelnie przyodziewają swoje kobiety, ale - nie zapominajmy - również i siebie, bo na pustyni także mężczyźni zakrywają twarze). Tak więc przybyli z północy, z terenów stepowych, położonych w trudnych do sprecyzowania okolicach Morza Czarnego i Morza Kaspijskiego. Właśnie stamtąd pochodzą też ptaki najbardziej cenione przez nich we wczesnych czasach historycznych. Zbieg okoliczności, czy może ślad pamięci i osiągniętego w zamierzchłej epoce mistrzostwa w sztuce polowania z ptakami? Być może arabski wynalazek sokolnictwa należy w rzeczywistości datować na czasy tak dawne, że ów Harith ibn Muawija "Ojciec Kindów" mógł się zapisać w ludzkiej pamięci ponownie odkrywając to, co w chaosie swoich wędrówek Arabowie zdążyli w międzyczasie postradać...
Myślę, że bezsprzecznie wskazuje to na fakt, że w pierwszych dziesięcioleciach i stuleciach islamu zaszły ważne udoskonalenia i przemiany technik polowania z ptakami drapieżnymi, wynikające z szerszego niż do tej pory kontaktu Arabów z innymi kulturami. Dopiero wówczas sokolnictwo przestało być po prostu jedną z praktyk zapewniających przetrwanie, a wyrosło do rangi zajęcia kulturowego par excellence. Dopiero wówczas doszło do "uświęcenia" sokoła jako symbolicznego nośnika abstrakcyjnych wartości, takich jak czujność, dar jasnego osądu i głębi wglądu, także w kategoriach mistycznych. Wielu orientalistów zastanawiało się, dlaczego Koran tak niewiele mówi o sokołach. Oczywiście są to dociekania już na wstępie oparte na chwiejnych przesłankach, bo Koran mówi wiele lub niewiele tylko i wyłącznie w odniesieniu do oczekiwań samego orientalisty i jego subiektywnego osądu, ile tak naprawdę "powinien" mówić. Snuto więc domysły, iż Mahomet, człowiek miasta, nie był zbyt silnie związany z obyczajami pustyni... Tak czy owak, Koran nie wspomina o sokolnictwie wprost; podaje tylko ogólne przepisy dotyczące spożywania mięsa pochodzącego z polowania, nie rozwodząc się nad tym, jaką dokładnie techniką to mięso miało być pozyskiwane.
A jednak to nieprawda, że Arabowie zapoznali się z sokolnictwem dopiero w początkach ery muzułmańskiej, nie nauczyli się go od Persów. Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej Kindowie, potomkowie dawnych Sabejczyków zamieszkujący od V wieku n.e. Arabię centralną, znali tę praktykę już w czasach przedmuzułmańskich i że pełniła ona ważną rolę w ich kulturze. W pierwszej połowie VI wieku opiewał ją w Ayyam as-sayd ("Dniach polowania") królewicz Kindów, Imru al-Qajs. Zasłynął jak wiadomo przede wszystkim jako piewca kobiety oraz konia arabskiego, zdolnego, jeśli wierzyć jego chełpliwym opisom, do prześcignięcia nawet gazeli; sokół ginie tu jeszcze w tle. Ale Al-Masudi pisząc w X wieku swoje Łąki złota przypisuje wynalazek sokolnictwa właśnie Kindom. Opiera się w tym sądzie na informacjach autora z VIII wieku, sokolnika Adama Ibn Muhriza, który sam wywodził się z Lachmidów, a więc nie miał powodu, żeby zmyślać, przypisując Kindom odkrycie sztuki, której sam był kontynuatorem.
Legenda przypisująca pochodzenie sokolnictwa oryginalnemu wynalazkowi Arabów w czasach królestw i plemion przedmuzułmańskich jest więc bardzo stara. Jak pisze Al-Masudi, "pierwszym, który użył rarogów do polowania był Al-Harith ibn Muawija ibn Tawr al-Kindi, ojciec plemienia Kinda. Pewnego dnia ujrzał on myśliwego, który właśnie zastawiał sidła na wróble; nagle drapieżny ptak [...] runął na uwięzionego w sidłach wróbla, zaczął go pożerać i sam uwiązł w sidłach. Zdumiony król kazał go sobie przynieść. Ptak miał złamane skrzydło, ale nie przestał zjadać wróbla. Król rzucił go w kąt namiotu. Lecz po jakimś czasie zauważył, że raróg oswoił się, pozostał tam i nie uciekał. Kiedy rzucano mu pożywienie, zjadał je, a kiedy widział mięso, wspinał się na rękę swojego pana. Doszedł do tego, że odpowiadał, kiedy go wołano i przychodził, aby wziąć jedzenie. Zachwycono się jego układnymi manierami, kiedy to pewnego dnia, zobaczywszy gołębia sfrunął ku niemu z pięści, na której siedział, i chwycił go. Od tego właśnie czasu król rozkazał używać tych drapieżnych ptaków do polowania". Przyznam, że Harith ibn Muawija nie występuje w dostępnych mi tabelach dynastycznych Kindów, ale panowanie ojca tego rzekomego pierwszego sokolnika, czyli Muawiji ibn Tawra, przypada gdzieś około roku 385, tak więc można przypuszczać, że początki arabskiego sokolnictwa to przełom IV i V wieku n.e. Kindowie zamieszkiwali wówczas jeszcze nie Arabię centralną, do której przenieśli się później, ale tereny Jemenu, a ściślej Hadramawt, i byli częścią konfederacji plemiennej Himyarytów. Zakładając więc, że moje rozumowanie jest słuszne, to rzeczywiście, jeśli sokolnictwo pojawiło się w tym miejscu i w tym czasie, musiało być niezależnym wynalazkiem lokalnym, dokonanym w regionie położonym - jak sobie wyobrażam - względnie daleko od możliwych źródeł sokolniczych inspiracji.
Tenże sam Al-Masudi przyznaje, że jastrzębiarstwo istniało gdzie indziej znacznie wcześniej, jak choćby w Egipcie w czasach diadochów, co może świadczyć, że przywędrowało na obszar śródziemnomorski z Azji już w czasach podbojów Aleksandra Wielkiego. Wspomina też o sokolnictwie na dworze cesarskim Bizancjum, gdzie układano sokoły wędrowne. Jednak Arabowie mieli je odkryć na własną rękę, zapoczątkowując osobną linię rozwojową, różniącą się od innych tradycji.
PS. Mam jeszcze inną, bardziej fantastyczną hipotezę, łączącą się z moimi nieoficjalnymi, ale mocno ugruntowanymi poglądami na pochodzenie Arabów. Otóż Arabowie przybyli na Półwysep Arabski z północy, w czasach stosunkowo niedawnych (dlatego właśnie - odliczając skutki koligacenia się z czarnymi niewolnikami w ciągu ostatnich kilku wieków - mają bardzo jasną skórę jak na warunki nasłonecznienia, w jakich żyją; i dlatego też właśnie wykazują taką obsesję na punkcie wszelkich tekstyliów, w jakie szczelnie przyodziewają swoje kobiety, ale - nie zapominajmy - również i siebie, bo na pustyni także mężczyźni zakrywają twarze). Tak więc przybyli z północy, z terenów stepowych, położonych w trudnych do sprecyzowania okolicach Morza Czarnego i Morza Kaspijskiego. Właśnie stamtąd pochodzą też ptaki najbardziej cenione przez nich we wczesnych czasach historycznych. Zbieg okoliczności, czy może ślad pamięci i osiągniętego w zamierzchłej epoce mistrzostwa w sztuce polowania z ptakami? Być może arabski wynalazek sokolnictwa należy w rzeczywistości datować na czasy tak dawne, że ów Harith ibn Muawija "Ojciec Kindów" mógł się zapisać w ludzkiej pamięci ponownie odkrywając to, co w chaosie swoich wędrówek Arabowie zdążyli w międzyczasie postradać...
piątek, 30 kwietnia 2010
Sokół ćwikłowy i inne jaraki
Dzisiaj jestem w nastroju filologicznym, przyszło mi więc do głowy, aby zapolować w internecie na naprawdę dziwne słówka sokolnicze, nie tylko te, które pojawiają się w skrótowych "słowniczkach dla początkujących", jakie są dostępne na wielu stronach internetowych. Wiele z nich ma całkiem ciekawą historię; pochodzą często z języków orientalnych, nie tylko z arabskiego, ale też perskiego czy tureckiego. Czasem wtórnie przybierają różne dziwne znaczenia, także po polsku.
Oto kilka przykładów:
Azor - po polsku, jak wiadomo, jest to popularne imię dla psa. Jednak azor to nic innego, jak jastrząb gołębiarz (Accipiter gentilis). Słówko to pochodzi z łacińskiego astur, które daje starokastylijską formę aztor, prowansalską austor itd. Tłumaczy to jednocześnie, dlaczego jastrzębiarz (czyli człowiek polujący z jastrzębiami) fachowo po angielsku nazywa się austringer, a nie po prostu "hawker" (hawker to po angielsku "domokrążca", "akwizytor" - a więc nic wspólnego z sokolnictwem).
Tak na marginesie chciałabym dodać, że inne popularne imię dla psa, Szarik, upowszechnione dzięki superprodukcji Czterej pancerni i pies, pochodzi wcale nie od polskiego słowa "szary", ani nic z tych rzeczy, tylko z arabskiego i znaczy "współtowarzysz", "partner", "wspólnik". Myślę więc, że i ono byłoby - wbrew pozorom - stylowym imieniem dla raroga, podkreślającym partnerstwo i harmonię łączącą człowieka i ptaka...
Jarak - z perskiego: یارکی yaraki - siła, zdolność, śmiałość. W sokolnictwie oznacza jedną z podstawowych kondycji ptaka, a mianowicie stan, w którym ptak jest gotowy do polowania, przegłodzony, ale nie osłabiony. Ciekawe, że w języku tureckim to słówko oznacza członek męski (tłumaczy to dziwne reakcje, z jakimi spotykają się często polscy turyści o imieniu Jarosław podróżujący do Turcji). Przypuszczam, że jest to właśnie sokolnicza metafora, odsyłająca do stanu gotowości do akcji... występującego nie tylko u sokoła.
Ćwik - jak wiadomo, dla sokolnika to słówko oznacza w pełni ułożonego, doświadczonego ptaka, w szczególności zdolnego do polowania na czaple, czyli charakteryzującego się przebiegłością. Ćwik w odniesieniu do człowieka (np. w wyrażeniu "szczwany ćwik") oznacza właśnie kogoś doświadczonego, chytrego i przebiegłego. Ćwik może też być gruby, tłusty (np. ćwik w znaczeniu utuczonego koguta, kapłona). Ale jednocześnie to słówko odsyła do barwy zbliżonej do czerwieni (np. ktoś może być rumiany na twarzy albo rudy "jak ćwik"); od tego znaczenia pochodzi też oczywiście określenie "buraczki ćwikłowe". Co ciekawe, te konotacje czerwieni są zupełnie odwrotne w sokolnictwie i w jastrzębiarstwie, gdzie "czerwony ptak" to właśnie osobnik młody (w przeciwieństwie do białego). Ale to określenie odsyła do faktu, że młode jastrzębie zmieniają kolor upierzenia (chociaż nie dosłownie na "białe"); natomiast "czerwony" czyli "ćwikłowy" sokół konotuje znaczenie dojrzałości.
Natomiast wciąż zastanawiam się nad pochodzeniem romańsko brzmiącego słówka karnal. W rzeczywistości jednak pochodzi ono chyba z perskiego i wcale nie występuje w sokolniczych gwarach języków romańskich; można więc przypuszczać, że Polacy przejęli je bezpośrednio ze Wschodu... Internet na ten temat milczy, a przynajmniej mi nie udało się niczego znaleźć (oprócz informacji, że Karnal to miasto w Indiach). Ta intrygująca kwestia wymaga więc dalszych badań.
Zastanawiam się też, dlaczego Arabowie mówią na swoje sokoły "tujur", czyli po prostu "ptaki". My oczywiście też tak mówimy, ale raczej z tego względu, że w sokolnictwie europejskim wykorzystuje się znacznie więcej gatunków, więc mówiąc ogólnie o sprawach sokolniczych, mamy zwykle na myśli zarówno sokoły, jak i jastrzębie, a nawet orły. Tak więc rzeczywiście najprostszym wspólnym, a zarazem poprawnym określeniem dla nich wszystkich będzie tylko słówko "ptaki" (chociaż po angielsku używa się czasem słówka "hawks" w takim właśnie znaczeniu ogólnym, zawierającym nie tylko jastrzębie sensu stricte, ale też sokoły i orły). Podejrzewam jednak, że za tym arabskim zwyczajem językowym kryje się coś ciekawszego niż tylko troska o terminologiczną precyzję. Chodzi mianowicie o eufemizację właściwej nazwy wyjątkowo cennego stworzenia. Gdyby mówili wprost o "sokołach", mogłoby to dojść do uszu różnych negatywnie nastawionych sił, na przykład zawistników lub złych duchów. A wiadomo - licho nie śpi. Poza tym sokół - to brzmi dumnie, a więc samo używanie tego słówka mogłoby wywołać niekorzystny oddźwięk, gdyż słuchacze uznaliby nas za snobów, na podobnej zasadzie, jak nie zawsze wypada powiedzieć "mam rezydencję" czy też "wynajęliśmy apartament"... Lepiej więc nie akcentować za bardzo, że się posiada SOKOŁY; wypada mówić: "... eee, takie tam PTAKI" ;) Jednym słowem, język sokolnictwa to szeroki i fascynujący temat, nie tylko gdy chodzi o terminologię, ale też pragmatykę.
Ale tak naprawdę najtańszym sposobem, żeby błysnąć w arabskojęzycznym kółku sokolniczym (ale tym naprawdę ekstra wtajemniczonym) jest używanie słówka bajzara (znanego pewnie każdemu, kto przeczytał uważnie wszystkie aneksy do książki Milczarka Kultura łowiecka w świecie islamu; konkretnie jest tam omówienie pochodzącego z X wieku traktatu sokolniczego Kitab al-bayzara). Dzisiaj już absolutnie nikt tak nie powie, a mało kto wie, że takie słowo w ogóle istniało i co właściwie ono oznacza (mam na myśli Arabów - folblutów ;). Tak normalnie po arabsku sokolnictwo nazywa się at-tarbiyat względnie as-sayd bi-s-suqur (تربية بالصقور), czyli po prostu polowanie z sokołami i nic poza tym...
Oto kilka przykładów:
Azor - po polsku, jak wiadomo, jest to popularne imię dla psa. Jednak azor to nic innego, jak jastrząb gołębiarz (Accipiter gentilis). Słówko to pochodzi z łacińskiego astur, które daje starokastylijską formę aztor, prowansalską austor itd. Tłumaczy to jednocześnie, dlaczego jastrzębiarz (czyli człowiek polujący z jastrzębiami) fachowo po angielsku nazywa się austringer, a nie po prostu "hawker" (hawker to po angielsku "domokrążca", "akwizytor" - a więc nic wspólnego z sokolnictwem).
Tak na marginesie chciałabym dodać, że inne popularne imię dla psa, Szarik, upowszechnione dzięki superprodukcji Czterej pancerni i pies, pochodzi wcale nie od polskiego słowa "szary", ani nic z tych rzeczy, tylko z arabskiego i znaczy "współtowarzysz", "partner", "wspólnik". Myślę więc, że i ono byłoby - wbrew pozorom - stylowym imieniem dla raroga, podkreślającym partnerstwo i harmonię łączącą człowieka i ptaka...
Jarak - z perskiego: یارکی yaraki - siła, zdolność, śmiałość. W sokolnictwie oznacza jedną z podstawowych kondycji ptaka, a mianowicie stan, w którym ptak jest gotowy do polowania, przegłodzony, ale nie osłabiony. Ciekawe, że w języku tureckim to słówko oznacza członek męski (tłumaczy to dziwne reakcje, z jakimi spotykają się często polscy turyści o imieniu Jarosław podróżujący do Turcji). Przypuszczam, że jest to właśnie sokolnicza metafora, odsyłająca do stanu gotowości do akcji... występującego nie tylko u sokoła.
Ćwik - jak wiadomo, dla sokolnika to słówko oznacza w pełni ułożonego, doświadczonego ptaka, w szczególności zdolnego do polowania na czaple, czyli charakteryzującego się przebiegłością. Ćwik w odniesieniu do człowieka (np. w wyrażeniu "szczwany ćwik") oznacza właśnie kogoś doświadczonego, chytrego i przebiegłego. Ćwik może też być gruby, tłusty (np. ćwik w znaczeniu utuczonego koguta, kapłona). Ale jednocześnie to słówko odsyła do barwy zbliżonej do czerwieni (np. ktoś może być rumiany na twarzy albo rudy "jak ćwik"); od tego znaczenia pochodzi też oczywiście określenie "buraczki ćwikłowe". Co ciekawe, te konotacje czerwieni są zupełnie odwrotne w sokolnictwie i w jastrzębiarstwie, gdzie "czerwony ptak" to właśnie osobnik młody (w przeciwieństwie do białego). Ale to określenie odsyła do faktu, że młode jastrzębie zmieniają kolor upierzenia (chociaż nie dosłownie na "białe"); natomiast "czerwony" czyli "ćwikłowy" sokół konotuje znaczenie dojrzałości.
Natomiast wciąż zastanawiam się nad pochodzeniem romańsko brzmiącego słówka karnal. W rzeczywistości jednak pochodzi ono chyba z perskiego i wcale nie występuje w sokolniczych gwarach języków romańskich; można więc przypuszczać, że Polacy przejęli je bezpośrednio ze Wschodu... Internet na ten temat milczy, a przynajmniej mi nie udało się niczego znaleźć (oprócz informacji, że Karnal to miasto w Indiach). Ta intrygująca kwestia wymaga więc dalszych badań.
Zastanawiam się też, dlaczego Arabowie mówią na swoje sokoły "tujur", czyli po prostu "ptaki". My oczywiście też tak mówimy, ale raczej z tego względu, że w sokolnictwie europejskim wykorzystuje się znacznie więcej gatunków, więc mówiąc ogólnie o sprawach sokolniczych, mamy zwykle na myśli zarówno sokoły, jak i jastrzębie, a nawet orły. Tak więc rzeczywiście najprostszym wspólnym, a zarazem poprawnym określeniem dla nich wszystkich będzie tylko słówko "ptaki" (chociaż po angielsku używa się czasem słówka "hawks" w takim właśnie znaczeniu ogólnym, zawierającym nie tylko jastrzębie sensu stricte, ale też sokoły i orły). Podejrzewam jednak, że za tym arabskim zwyczajem językowym kryje się coś ciekawszego niż tylko troska o terminologiczną precyzję. Chodzi mianowicie o eufemizację właściwej nazwy wyjątkowo cennego stworzenia. Gdyby mówili wprost o "sokołach", mogłoby to dojść do uszu różnych negatywnie nastawionych sił, na przykład zawistników lub złych duchów. A wiadomo - licho nie śpi. Poza tym sokół - to brzmi dumnie, a więc samo używanie tego słówka mogłoby wywołać niekorzystny oddźwięk, gdyż słuchacze uznaliby nas za snobów, na podobnej zasadzie, jak nie zawsze wypada powiedzieć "mam rezydencję" czy też "wynajęliśmy apartament"... Lepiej więc nie akcentować za bardzo, że się posiada SOKOŁY; wypada mówić: "... eee, takie tam PTAKI" ;) Jednym słowem, język sokolnictwa to szeroki i fascynujący temat, nie tylko gdy chodzi o terminologię, ale też pragmatykę.
Ale tak naprawdę najtańszym sposobem, żeby błysnąć w arabskojęzycznym kółku sokolniczym (ale tym naprawdę ekstra wtajemniczonym) jest używanie słówka bajzara (znanego pewnie każdemu, kto przeczytał uważnie wszystkie aneksy do książki Milczarka Kultura łowiecka w świecie islamu; konkretnie jest tam omówienie pochodzącego z X wieku traktatu sokolniczego Kitab al-bayzara). Dzisiaj już absolutnie nikt tak nie powie, a mało kto wie, że takie słowo w ogóle istniało i co właściwie ono oznacza (mam na myśli Arabów - folblutów ;). Tak normalnie po arabsku sokolnictwo nazywa się at-tarbiyat względnie as-sayd bi-s-suqur (تربية بالصقور), czyli po prostu polowanie z sokołami i nic poza tym...
wtorek, 27 kwietnia 2010
Sokolnictwo na świecie
Na świecie istnieje oczywiście całe mnóstwo lokalnych i krajowych stowarzyszeń sokolniczych. Jednak jednym z najciekawszych moim zdaniem jest International Association of Falconry - organizacja wywodząca się co prawda z USA, ale zarazem prawdziwe międzynarodowa, skupiająca rzeczywiście sokolników reprezentujących różne części świata i różne kultury. Jest tam także "nasz człowiek" - Janusz Sielicki, udzielający się skądinąd też w Zakonie Sokolników. Właściwie IAF nie jest zwykłym stowarzyszeniem, ale czymś w rodzaju meta-organizacji, skupiającej ok. 70 towarzystw sokolniczych z różnych krajów świata.
Podoba mi się wyjątkowo ich newsletter, The International Journal of Falconry, zwłaszcza wydanie z wiosny 2009 - szczególnie dla mnie interesujące ze względu na liczne artykuły o tematyce kulturowej, przedstawiające sokolnictwo nie tylko w jego czysto technicznych aspektach.
Ale i tu oczywiście nie jest to inicjatywa jedyna czy wyjątkowa. Równie godne polecenia jest inne czasopismo, International Falconer. Problem polega na tym, że większość podobnych wydawnictw funkcjonuje już raczej w wersji papierowej, a to oznacza kosztowną prenumeratę...
Podoba mi się wyjątkowo ich newsletter, The International Journal of Falconry, zwłaszcza wydanie z wiosny 2009 - szczególnie dla mnie interesujące ze względu na liczne artykuły o tematyce kulturowej, przedstawiające sokolnictwo nie tylko w jego czysto technicznych aspektach.
Ale i tu oczywiście nie jest to inicjatywa jedyna czy wyjątkowa. Równie godne polecenia jest inne czasopismo, International Falconer. Problem polega na tym, że większość podobnych wydawnictw funkcjonuje już raczej w wersji papierowej, a to oznacza kosztowną prenumeratę...
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Parahawking, czyli latanie z ptakami drapieżnymi w sensie (prawie) dosłownym
Zdecydowanie najbardziej ekstremalnym rodzajem sportu sokolniczego jest tzw. parahawking, czyli połączenie tradycyjnego sokolnictwa z lotniarstwem. Ptaki są specjalnie układane w taki sposób, aby towarzyszyły ludziom na paralotni w powietrzu.
Ta idea pojawiła się chyba na fali podobnych eksperymentów z innymi ptakami, np. gęsiami, co zaowocowało znanym filmem Makrokosmos. Podniebny taniec. Twórcy parahawkingu, brytyjski sokolnik Scott Mason i lotniarz Adam Hill, z pomocą Grahama Saunders-Griffiths'a również nakręcili film, zatytułowany właśnie Parahawking (2003). Całe to przedsięwzięcie zostało zrealizowane w środkowej Azji, prawdziwej ojczyźnie zarówno wielkich ptaków drapieżnych, jak i samego sokolnictwa. Zdjęcia kręcono w Nepalu, gdzie do szybowania można wykorzystać tzw. kominy termalne, czyli prądy ciepłego powietrza unoszące się pionowo w górę. Do zdjęć wykorzystano nie tyle nasze skromne sokoły, co miejscowy, himalajski gatunek orła, a także orła stepowego, sępa płowego, białosępa (ścierwnika) oraz kanię czarną. Chodzi tu z pewnością o zwiększenie efektu i wywieranego wrażenia, ale nie tylko. Te gatunki ptaków wykorzystują w swoim locie wznoszące się prądy ciepłego powietrza, a więc to samo, co przydaje się także w lataniu na paralotni. Pośrednio są więc dla ludzi wskazówką, gdzie szukać tych prądów, żeby wznieść się naprawdę wysoko, co daje w sumie przygodę rzeczywiście niezwykłą pod każdym względem.
Warto tu nadmienić, że ta próba filmowania ptaków drapieżnych w powietrzu nie jest jedyna. Do "latania" z sokołami próbowano używać także spadochronów. Wpisywało się to w program badań naukowych dotyczących sokoła wędrownego, ale zostało też uwiecznione na efektownym filmie dokumentalnym przez National Geographic (por. mój wcześniejszy post "Drapieżniki i ich ofiary").
Twórcy parahawkingu nie poprzestali na realizacji filmu i próbują w dalszym ciągu promować i upowszechniać tę piękną ideę, łącząc ją z działaniami na rzecz ochrony ptaków drapieżnych (por. strona www.parahawking.com). Zasadniczo oferują "podniebne safari" w Himalajach, ale podobne inicjatywy zaczęto już organizować także w Europie, m.in. w katalońskich Pirenejach.
Ta idea pojawiła się chyba na fali podobnych eksperymentów z innymi ptakami, np. gęsiami, co zaowocowało znanym filmem Makrokosmos. Podniebny taniec. Twórcy parahawkingu, brytyjski sokolnik Scott Mason i lotniarz Adam Hill, z pomocą Grahama Saunders-Griffiths'a również nakręcili film, zatytułowany właśnie Parahawking (2003). Całe to przedsięwzięcie zostało zrealizowane w środkowej Azji, prawdziwej ojczyźnie zarówno wielkich ptaków drapieżnych, jak i samego sokolnictwa. Zdjęcia kręcono w Nepalu, gdzie do szybowania można wykorzystać tzw. kominy termalne, czyli prądy ciepłego powietrza unoszące się pionowo w górę. Do zdjęć wykorzystano nie tyle nasze skromne sokoły, co miejscowy, himalajski gatunek orła, a także orła stepowego, sępa płowego, białosępa (ścierwnika) oraz kanię czarną. Chodzi tu z pewnością o zwiększenie efektu i wywieranego wrażenia, ale nie tylko. Te gatunki ptaków wykorzystują w swoim locie wznoszące się prądy ciepłego powietrza, a więc to samo, co przydaje się także w lataniu na paralotni. Pośrednio są więc dla ludzi wskazówką, gdzie szukać tych prądów, żeby wznieść się naprawdę wysoko, co daje w sumie przygodę rzeczywiście niezwykłą pod każdym względem.
Warto tu nadmienić, że ta próba filmowania ptaków drapieżnych w powietrzu nie jest jedyna. Do "latania" z sokołami próbowano używać także spadochronów. Wpisywało się to w program badań naukowych dotyczących sokoła wędrownego, ale zostało też uwiecznione na efektownym filmie dokumentalnym przez National Geographic (por. mój wcześniejszy post "Drapieżniki i ich ofiary").
Twórcy parahawkingu nie poprzestali na realizacji filmu i próbują w dalszym ciągu promować i upowszechniać tę piękną ideę, łącząc ją z działaniami na rzecz ochrony ptaków drapieżnych (por. strona www.parahawking.com). Zasadniczo oferują "podniebne safari" w Himalajach, ale podobne inicjatywy zaczęto już organizować także w Europie, m.in. w katalońskich Pirenejach.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Les Livres du Roy Modus et de la Royne Ratio
Traktat pod alegorycznym tytułem Les Livres du Roi Modus et de la Reine Ratio, oznaczającym księgi stworzone przez króla o imieniu Sposób i królową Rozum, napisał przypuszczalnie Henri de Ferrières pomiędzy rokiem 1354 a 1376. Dzieło dotyczy polowania na rozmaite rodzaje zwierzyny, w tym większe ssaki, takie jak jelenie i daniele, z zastosowaniem sokolnictwa, a także łucznictwa. Było to popularne dzieło, o czym świadczy fakt, że zachowało się do dzisiaj w ponad 30 rękopisach, a także wielu wydaniach drukowanych z XVI wieku. Niektóre z tych rękopisów, jak poniższy, przechowywany w Paryżu, mają dodatkową wartość dokumentalną ze względu na liczne miniatury obrazujące, w jaki sposób uprawiano sokolnictwo w późnym średniowieczu.
piątek, 23 kwietnia 2010
Sokolnictwo w Polsce
Tradycje sokolnicze w Polsce są bardzo dawne i odmienne od tradycji zachodnioeuropejskich. Z racji położenia geograficznego, szerokiego otwarcia na obszary stepowe Europy Wschodniej i kontaktów z ludami Azji, Polacy mieli szansę bardzo wcześnie spotkać się z różnymi tradycjami sokolniczymi. Nie byli też zamknięci na mody przychodzące z zachodniej Europy i z Włoch, gdzie od połowy XIII wieku trwało prawdziwe sokolnicze szaleństwo. Tak więc w Polsce nakładały się inspiracje płynące ze Wschodu i Zachodu.
Jest to więc imponujące dziedzictwo, które jednak w późniejszych wiekach zostało prawie całkowicie zapomniane. Po II wojnie światowej, podobnie jak w innych krajach, prawdziwą katastrofą dla ptaków drapieżnych było stosowanie DDT i innych pestycydów, przez które niemalże wytępiono wiele gatunków, w tym sokoła wędrownego, który został uratowany tylko dzięki przedsięwzięciu hodowli i reintrodukcji, m.in. w Pieninach.
Historia współczesnego sokolnictwa polskiego zaczyna się więc tak naprawdę na przełomie lat 60. i 70. W 1972 utworzono pod patronatem Polskiego Związku Łowieckiego pierwsze koło zrzeszające pasjonatów, "Gniazdo Sokolników". Obecnie istnieje też druga, konkurencyjna organizacja, "Polski Zakon Sokolników". W sumie zarejestrowanych osób, które się tym zajmują jest w Polsce podobno ok. 200.
Szczerze mówiąc aktualny polski pejzaż sokolniczy prezentuje się dość skromnie w porównaniu z innymi krajami (z całym szacunkiem dla osób, które się tym zajmują od lat, mają dorobek i doświadczenie, czego nie neguję). Ale zainteresowanie tym sportem zdecydowanie rośnie. Nie bez znaczenia są tu inspiracje płynące zza granicy, bo blisko mamy choćby do Czech, gdzie sokolnictwo jest dobrze rozwinięte. Również wiele osób wyjeżdżających do Wielkiej Brytanii, choćby nawet za chlebem, miewa okazję zetknąć się z prosperującym sokolnictwem brytyjskim. Wreszcie kolejnym źródłem inspiracji są coraz popularniejsze wakacyjne wyprawy do krajów arabskich. Myślę, że nie bez znaczenia dla sokolnictwa było też przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, co wpłynęło na uporządkowanie i uproszczenie wielu spraw związanych z legalnym posiadaniem czy przewożeniem ptaków drapieżnych.
Zmienia się też powoli świadomość ekologiczna Polaków. Przestają obowiązywać prymitywne wzorce, głoszące, że sokolnictwo to "okrucieństwo" i "męczenie ptaka". Ludzie zaczynają doceniać piękno drapieżników i postrzegać je inaczej niż jako "krwiożercze ptaszyska" rozdziobujące śliczne zajączki i gołąbki. Dostrzega się, że ptak drapieżny jest częścią przyrody i ekologii; znajduje się dla niego zastosowania, ekologiczne właśnie, na przykład do ochrony lotnisk i innych obiektów, gdzie ptaki mogą być uciążliwe lub stanowić zagrożenie. Sokolicy zaczynają też włączać się do działań edukacyjnych; coraz popularniejsze są rekonstrukcje historyczne z udziałem żywych ptaków i ogólnie - pokazy sokolnicze. Istnieje więc pojęcie i oferta sokolnictwa użytkowego.
Już od dłuższego czasu sokolnictwo jest obecne w polskojęzycznym internecie. Powstało kilka stron o te tematyce, nie zawsze regularnie aktualizowanych, ale jednak dostarczających ciekawych informacji, np. "Chwal ćwik" (dość stare i częściowo nieaktualne), "Myślistwo ptasze", albo "Stachu-sokolniczy". Działają, mniej lub bardziej dynamicznie, różne fora internetowe, np. w serwisie "Sokolnictwo dla początkujących", stworzonym przez Adama Mroczka. Mnożą się blogi pasjonatów sokolnictwa i strony prywatne, np. bardzo piękna i rozbudowana strona "e-sokolnik" Jarka Przydacza. Tak więc każdy, kto chce się tym zainteresować, może bez trudu odnaleźć podobnych sobie pasjonatów. Osobną kwestią jest działalność handlowa - na dzień dzisiejszy można bez trudu kupić przez internet wszelkie możliwe akcesoria sokolnicze; są też sklepiki polskie, np. "hoods.pl".
Jeśli zaś chodzi o polskie opracowania książkowe, to nie jest tego zbyt wiele. Pierwszym po wojnie podręcznikiem sokolniczym była broszura Układanie ptaków łowczych, autorstwa Czesława Sielickiego, która ukazała się nakładem Technikum Leśnego w Tucholi w 1972 - dziś już praktycznie nie do znalezienia.
Kilka lat później ukazała się książka Mieczysława Mazarakiego Z sokołami na łowy (Warszawa 1977), potem znowu długo długo nic, aż do zeszłorocznej publikacji Marka Cieślikowskiego Sokolnictwo. Gatunki, utrzymanie, układanie, polowanie (Warszawa 2009).
Istnieje też (amatorskie) opracowanie orientalistyczne autorstwa Sylwestra Milczarka, Kultura łowiecka w świecie islamu (Warszawa 2002). Warto też zwrócić uwagę na znajdujący się w aneksie tej książki artykuł Urszuli Lewickiej-Rajewskiej o sokolnictwie w świetle Złotych łąk al-Masudiego.
Jest to więc imponujące dziedzictwo, które jednak w późniejszych wiekach zostało prawie całkowicie zapomniane. Po II wojnie światowej, podobnie jak w innych krajach, prawdziwą katastrofą dla ptaków drapieżnych było stosowanie DDT i innych pestycydów, przez które niemalże wytępiono wiele gatunków, w tym sokoła wędrownego, który został uratowany tylko dzięki przedsięwzięciu hodowli i reintrodukcji, m.in. w Pieninach.
Historia współczesnego sokolnictwa polskiego zaczyna się więc tak naprawdę na przełomie lat 60. i 70. W 1972 utworzono pod patronatem Polskiego Związku Łowieckiego pierwsze koło zrzeszające pasjonatów, "Gniazdo Sokolników". Obecnie istnieje też druga, konkurencyjna organizacja, "Polski Zakon Sokolników". W sumie zarejestrowanych osób, które się tym zajmują jest w Polsce podobno ok. 200.
Szczerze mówiąc aktualny polski pejzaż sokolniczy prezentuje się dość skromnie w porównaniu z innymi krajami (z całym szacunkiem dla osób, które się tym zajmują od lat, mają dorobek i doświadczenie, czego nie neguję). Ale zainteresowanie tym sportem zdecydowanie rośnie. Nie bez znaczenia są tu inspiracje płynące zza granicy, bo blisko mamy choćby do Czech, gdzie sokolnictwo jest dobrze rozwinięte. Również wiele osób wyjeżdżających do Wielkiej Brytanii, choćby nawet za chlebem, miewa okazję zetknąć się z prosperującym sokolnictwem brytyjskim. Wreszcie kolejnym źródłem inspiracji są coraz popularniejsze wakacyjne wyprawy do krajów arabskich. Myślę, że nie bez znaczenia dla sokolnictwa było też przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, co wpłynęło na uporządkowanie i uproszczenie wielu spraw związanych z legalnym posiadaniem czy przewożeniem ptaków drapieżnych.
Zmienia się też powoli świadomość ekologiczna Polaków. Przestają obowiązywać prymitywne wzorce, głoszące, że sokolnictwo to "okrucieństwo" i "męczenie ptaka". Ludzie zaczynają doceniać piękno drapieżników i postrzegać je inaczej niż jako "krwiożercze ptaszyska" rozdziobujące śliczne zajączki i gołąbki. Dostrzega się, że ptak drapieżny jest częścią przyrody i ekologii; znajduje się dla niego zastosowania, ekologiczne właśnie, na przykład do ochrony lotnisk i innych obiektów, gdzie ptaki mogą być uciążliwe lub stanowić zagrożenie. Sokolicy zaczynają też włączać się do działań edukacyjnych; coraz popularniejsze są rekonstrukcje historyczne z udziałem żywych ptaków i ogólnie - pokazy sokolnicze. Istnieje więc pojęcie i oferta sokolnictwa użytkowego.
Już od dłuższego czasu sokolnictwo jest obecne w polskojęzycznym internecie. Powstało kilka stron o te tematyce, nie zawsze regularnie aktualizowanych, ale jednak dostarczających ciekawych informacji, np. "Chwal ćwik" (dość stare i częściowo nieaktualne), "Myślistwo ptasze", albo "Stachu-sokolniczy". Działają, mniej lub bardziej dynamicznie, różne fora internetowe, np. w serwisie "Sokolnictwo dla początkujących", stworzonym przez Adama Mroczka. Mnożą się blogi pasjonatów sokolnictwa i strony prywatne, np. bardzo piękna i rozbudowana strona "e-sokolnik" Jarka Przydacza. Tak więc każdy, kto chce się tym zainteresować, może bez trudu odnaleźć podobnych sobie pasjonatów. Osobną kwestią jest działalność handlowa - na dzień dzisiejszy można bez trudu kupić przez internet wszelkie możliwe akcesoria sokolnicze; są też sklepiki polskie, np. "hoods.pl".
Jeśli zaś chodzi o polskie opracowania książkowe, to nie jest tego zbyt wiele. Pierwszym po wojnie podręcznikiem sokolniczym była broszura Układanie ptaków łowczych, autorstwa Czesława Sielickiego, która ukazała się nakładem Technikum Leśnego w Tucholi w 1972 - dziś już praktycznie nie do znalezienia.
Kilka lat później ukazała się książka Mieczysława Mazarakiego Z sokołami na łowy (Warszawa 1977), potem znowu długo długo nic, aż do zeszłorocznej publikacji Marka Cieślikowskiego Sokolnictwo. Gatunki, utrzymanie, układanie, polowanie (Warszawa 2009).
Istnieje też (amatorskie) opracowanie orientalistyczne autorstwa Sylwestra Milczarka, Kultura łowiecka w świecie islamu (Warszawa 2002). Warto też zwrócić uwagę na znajdujący się w aneksie tej książki artykuł Urszuli Lewickiej-Rajewskiej o sokolnictwie w świetle Złotych łąk al-Masudiego.
czwartek, 22 kwietnia 2010
Wyposażenie sokolnicze - po co i dlaczego?
Sokolnik musi mieć przede wszystkim jakąś ochronę na rękę, na której będzie trzymał sokola, żeby go nie pokaleczył szponami (co prawda można sokoła, zwłaszcza z tych mniejszych, trzymać i na gołej ręce bez jakichś straszliwych konsekwencji, ale na dłuższą metę na pewno nie jest to wygodne ani polecane). Są tu dwie opcje: albo rękawica, albo karwasz (zwany także mangalah lub mankalah), czyli rodzaj dość sztywnej rury czy też rękawa nakładanego na przedramię. Zaletą karwasza jest prostota konstrukcji, a także to, że można sokola zakapturzyć i np. podać karwasz innej osobie razem z ptakiem, który na nim siedzi. Z kolei rękawica (z pięcioma palcami) pozwala na trzymanie pęt, czyli rzemieni, za które jest uwiązany sokół, a więc bardziej precyzyjną kontrolę jego ruchów i momentu, kiedy zostanie wypuszczony. Rękawica sokolnicza zazwyczaj zakrywa nadgarstek; tylko w przypadku dużych ptaków, np. orłów stosuje się rękawice sięgające aż do łokcia.
Tradycyjnie sokola trzyma się na lewej ręce, ale nie jest to żaden dogmat. Po prostu trzymamy na tej ręce, której mniej używamy do innych czynności. Jeśli ktoś jest akurat np. leworęczny, to może trzymać odwrotnie. Takie przypadki są też widoczne na wielu materiałach ikonograficznych z dawnych epok.
Sokół posiada kapturek, różnie zresztą nazywany: czapeczkę, okulary, kapę, a bardziej fachowo - karnal. Funkcją tego "nakrycia głowy" jest pozbawienie ptaka bodźców wzrokowych. Kapturka używa się prawie nieustannie w przypadku długoskrzydłych, a więc ptaków wysokiego lotu, które mają tendencję do zrywania się za każdym razem, gdy gdzieś w oddali zauważą potencjalną ofiarę. Ale również u krótkoskrzydłych zakłada się kapturek choćby po to, aby uniknąć płoszenia się czy nerwowych reakcji ptaka na przypadkowe bodźce. Generalnie więc kapturek ma sprawić, że sokół nie będzie widział ofiary, które myśliwy nie chce zdobyć, nie będzie niepotrzebnie tracił energii na zrywanie się i przystąpi do polowania dokładnie wtedy, kiedy człowiek uzna to za stosowne i rozkapturzy go, czyli zdejmie karnal.
Jest rzeczą wręcz zdumiewającą, jak bardzo w gruncie rzeczy podobna jest budowa karnala w różnych kulturach sokolniczych, od Maroka i Wielkiej Brytanii aż po Japonię. Istnieją dwa możliwe sposoby wytwarzania karnala: albo przez odpowiednie uformowanie jednego kawałka skóry, albo przez zszycie trzech elementów; na tej podstawie wyróżnia się trzy typy: arabski i angielsko-indyjski (z jednego kawałka skóry) oraz holenderski (zszywany z trzech kawałków). Poza tym karnale będące wytworami różnych kultur różnią się tak naprawdę tylko detalami ornamentacyjnymi. Zazwyczaj posiadają część zwaną kantarkiem, znajdującą się pod dziobem ptaka oraz rzemienne troczki służące do mocowania na głowie ptaka (zaciągania i otwierania). Na szczycie znajduje się czub, służący po pierwsze do wygodnego chwytania palcami podczas zdejmowania i zakładania, ale też pełniący funkcję dekoracyjną. Karnale są oczywiście różniej wielkości, aby nadawały się dla różnych gatunków. Właściwe dopasowanie jest tu bardzo ważną sprawą, bo ptak musi karnal zaakceptować.
Na nóżkach sokół ma zamocowane pęta, czyli niezbyt długie rzemienie służące do przytrzymywania go na rękawicy lub przywiązywania do grzędy, na której ma spędzić dłuższy czas. Są one umocowane na nóżkach ptaka po prostu przez przywiązanie specjalnym węzłem, lub też za pomocą systemu Aylmeri, tzn. za pomocą szczepek czy też cholewek - obrączek zakładanych na skoki ptaka, z otworkami, przez które przewleka się pęta. Kiedy ptak ma siedzieć na grzędzie, do pęt przymocowuje się przedłużacz za pomocą tzw. krętlika czyli werblika; jest to coś w rodzaju metalowego karabińczyka z obracającą się częścią środkową, dzięki czemu przedłużacz się nie skręca.
"Miejsca do siedzenia" są różnie skonstruowane dla różnych gatunków ptaków. Na przykład saker jest ptakiem żyjącym na terenach pozbawionych drzew, dlatego jego nóżki są przystosowane do stąpania po względnie płaskim podłożu. Dlatego też odpowiednie jest dla niego berło, czyli rodzaj palika, którego górna powierzchnia jest dość szeroka i pokryta czymś w miarę miękkim, np. tapicerką, korkiem czy tzw. sztuczną trawką, co jest podobno wskazane jako profilaktyka "grubych łap", czyli zwyrodnień w obrębie nóżek ptaka. Natomiast jastrzębie są przystosowane do spędzania czasu na gałęziach drzew, dlatego też odpowiedniejszym siedziskiem jest kabłąk czy też pałąk, który ptak może objąć szponami.
Istotnym wyposażeniem sokolniczym jest też świstawka, służąca dodawania sokołowi sygnałów dźwiękowych. W innych kulturach zamiast tego do sokola się krzyczy. Dla ptaka jest też zrozumiały język gestów, które także mogą funkcjonować jako znak powrotu na rękawicę.
Ptak zazwyczaj powraca na wezwanie po nieudanym polowaniu. Jednak kiedy uda mu się coś złapać, sokolnik musi go odszukać. Wtedy pomocne są dzwonki, które ptak ma przymocowane do nóżek, a czasami do szyi (w przypadku stosowania jangoli), lub też, na przykład w kulturze japońskiej, do dwóch środkowych piór ogona. Dzwonki sokolnicze mają kształt prawie kulistej czaszy z niewielkim rowkiem. Mogą być wykonywane z takich metali, jak ołów, srebro, a nawet złoto. Dzięki temu ich dźwięk jest słyszalny ze sporej odległości. Współcześnie rolę dzwonków odgrywają urządzenia telemetryczne. Zarówno dzwonek, jak i telemetrię mocuje się do nóżki ptaka za pomocą małego kawałka rzemienia, tzw. strzałki.
Do tego wszystkiego dochodzi wyposażenie szkoleniowe, używane na różnych etapach układania sokola. Na etapie wstępnym, kiedy ptak dopiero oswaja się z obecnością człowieka, ważną rolę odgrywa opisany wyżej kaptur. Zasłonięcie ptakowi oczu (a nawet trzymanie go w zaciemnionym pomieszczeniu, praktykowane w niektórych kulturach) pozwala mu na przezwyciężenie szoku i lęku wywołanego faktem schwytania oraz bliskością człowieka. Poza tym używa się specjalnej opaski unieruchamiającej jedno skrzydło, aby ptak nie trzepotał i nie zrywał się. Podobną, "uspokajającą" funkcję pełni rydoklapka, czyli rodzaj spinacza na ogon. Dzięki temu ptak nie może rozłożyć sterówek i nie zrywa się do lotu.
Poza tym mamy dłużec, czyli creance - dawniej rzemień, a obecnie lekką i wytrzymałą linkę służącą do wypuszczania nie wyszkolonego jeszcze sokola na krótki przelot, np. z grzędy na rękawicę lub od jednego sokolnika do drugiego. Linka jest nawinięta na specjalny kołowrotek umożliwiający szybkie rozwijanie, podobnie jak przy puszczaniu latawca.
Tradycyjnie sokola trzyma się na lewej ręce, ale nie jest to żaden dogmat. Po prostu trzymamy na tej ręce, której mniej używamy do innych czynności. Jeśli ktoś jest akurat np. leworęczny, to może trzymać odwrotnie. Takie przypadki są też widoczne na wielu materiałach ikonograficznych z dawnych epok.
Sokół posiada kapturek, różnie zresztą nazywany: czapeczkę, okulary, kapę, a bardziej fachowo - karnal. Funkcją tego "nakrycia głowy" jest pozbawienie ptaka bodźców wzrokowych. Kapturka używa się prawie nieustannie w przypadku długoskrzydłych, a więc ptaków wysokiego lotu, które mają tendencję do zrywania się za każdym razem, gdy gdzieś w oddali zauważą potencjalną ofiarę. Ale również u krótkoskrzydłych zakłada się kapturek choćby po to, aby uniknąć płoszenia się czy nerwowych reakcji ptaka na przypadkowe bodźce. Generalnie więc kapturek ma sprawić, że sokół nie będzie widział ofiary, które myśliwy nie chce zdobyć, nie będzie niepotrzebnie tracił energii na zrywanie się i przystąpi do polowania dokładnie wtedy, kiedy człowiek uzna to za stosowne i rozkapturzy go, czyli zdejmie karnal.
Jest rzeczą wręcz zdumiewającą, jak bardzo w gruncie rzeczy podobna jest budowa karnala w różnych kulturach sokolniczych, od Maroka i Wielkiej Brytanii aż po Japonię. Istnieją dwa możliwe sposoby wytwarzania karnala: albo przez odpowiednie uformowanie jednego kawałka skóry, albo przez zszycie trzech elementów; na tej podstawie wyróżnia się trzy typy: arabski i angielsko-indyjski (z jednego kawałka skóry) oraz holenderski (zszywany z trzech kawałków). Poza tym karnale będące wytworami różnych kultur różnią się tak naprawdę tylko detalami ornamentacyjnymi. Zazwyczaj posiadają część zwaną kantarkiem, znajdującą się pod dziobem ptaka oraz rzemienne troczki służące do mocowania na głowie ptaka (zaciągania i otwierania). Na szczycie znajduje się czub, służący po pierwsze do wygodnego chwytania palcami podczas zdejmowania i zakładania, ale też pełniący funkcję dekoracyjną. Karnale są oczywiście różniej wielkości, aby nadawały się dla różnych gatunków. Właściwe dopasowanie jest tu bardzo ważną sprawą, bo ptak musi karnal zaakceptować.
Na nóżkach sokół ma zamocowane pęta, czyli niezbyt długie rzemienie służące do przytrzymywania go na rękawicy lub przywiązywania do grzędy, na której ma spędzić dłuższy czas. Są one umocowane na nóżkach ptaka po prostu przez przywiązanie specjalnym węzłem, lub też za pomocą systemu Aylmeri, tzn. za pomocą szczepek czy też cholewek - obrączek zakładanych na skoki ptaka, z otworkami, przez które przewleka się pęta. Kiedy ptak ma siedzieć na grzędzie, do pęt przymocowuje się przedłużacz za pomocą tzw. krętlika czyli werblika; jest to coś w rodzaju metalowego karabińczyka z obracającą się częścią środkową, dzięki czemu przedłużacz się nie skręca.
"Miejsca do siedzenia" są różnie skonstruowane dla różnych gatunków ptaków. Na przykład saker jest ptakiem żyjącym na terenach pozbawionych drzew, dlatego jego nóżki są przystosowane do stąpania po względnie płaskim podłożu. Dlatego też odpowiednie jest dla niego berło, czyli rodzaj palika, którego górna powierzchnia jest dość szeroka i pokryta czymś w miarę miękkim, np. tapicerką, korkiem czy tzw. sztuczną trawką, co jest podobno wskazane jako profilaktyka "grubych łap", czyli zwyrodnień w obrębie nóżek ptaka. Natomiast jastrzębie są przystosowane do spędzania czasu na gałęziach drzew, dlatego też odpowiedniejszym siedziskiem jest kabłąk czy też pałąk, który ptak może objąć szponami.
Istotnym wyposażeniem sokolniczym jest też świstawka, służąca dodawania sokołowi sygnałów dźwiękowych. W innych kulturach zamiast tego do sokola się krzyczy. Dla ptaka jest też zrozumiały język gestów, które także mogą funkcjonować jako znak powrotu na rękawicę.
Ptak zazwyczaj powraca na wezwanie po nieudanym polowaniu. Jednak kiedy uda mu się coś złapać, sokolnik musi go odszukać. Wtedy pomocne są dzwonki, które ptak ma przymocowane do nóżek, a czasami do szyi (w przypadku stosowania jangoli), lub też, na przykład w kulturze japońskiej, do dwóch środkowych piór ogona. Dzwonki sokolnicze mają kształt prawie kulistej czaszy z niewielkim rowkiem. Mogą być wykonywane z takich metali, jak ołów, srebro, a nawet złoto. Dzięki temu ich dźwięk jest słyszalny ze sporej odległości. Współcześnie rolę dzwonków odgrywają urządzenia telemetryczne. Zarówno dzwonek, jak i telemetrię mocuje się do nóżki ptaka za pomocą małego kawałka rzemienia, tzw. strzałki.
Do tego wszystkiego dochodzi wyposażenie szkoleniowe, używane na różnych etapach układania sokola. Na etapie wstępnym, kiedy ptak dopiero oswaja się z obecnością człowieka, ważną rolę odgrywa opisany wyżej kaptur. Zasłonięcie ptakowi oczu (a nawet trzymanie go w zaciemnionym pomieszczeniu, praktykowane w niektórych kulturach) pozwala mu na przezwyciężenie szoku i lęku wywołanego faktem schwytania oraz bliskością człowieka. Poza tym używa się specjalnej opaski unieruchamiającej jedno skrzydło, aby ptak nie trzepotał i nie zrywał się. Podobną, "uspokajającą" funkcję pełni rydoklapka, czyli rodzaj spinacza na ogon. Dzięki temu ptak nie może rozłożyć sterówek i nie zrywa się do lotu.
Poza tym mamy dłużec, czyli creance - dawniej rzemień, a obecnie lekką i wytrzymałą linkę służącą do wypuszczania nie wyszkolonego jeszcze sokola na krótki przelot, np. z grzędy na rękawicę lub od jednego sokolnika do drugiego. Linka jest nawinięta na specjalny kołowrotek umożliwiający szybkie rozwijanie, podobnie jak przy puszczaniu latawca.
niedziela, 18 kwietnia 2010
Drapieżniki, ich ofiary i sens sokolnictwa
Co można upolować przy pomocy ptaków drapieżnych? Od małych ptaków śpiewających po gazelę... Jednak aby zrozumieć sensowność tego rodzaju działań, wymagających przecież od człowieka ogromnego nakładu pracy związanej z układaniem sokoła, w wielu wypadkach trzeba uwzględnić uwarunkowania kulturowe i psychologiczne, sięgające dalej niż prosta potrzeba zdobycia pożywienia. Za pomocą ptaków drapieżnych, należących zresztą przecież niemal zawsze do ludzi z klas uprzywilejowanych danego społeczeństwa, polowano zwykle nie po to, aby zaspokoić głód, ale dla elementu widowiskowości i ekscytacji, jakiej dostarcza pojedynek sokoła z innymi stworzeniami, a także dla zdobycia różnego rodzaju trofeów lub mięsa cenionego ze względu na specjalne właściwości.
Poszczególne gatunki ptaków specjalizują się w różnych strategiach polowania, a co za tym idzie, w różnych rodzajach zwierzyny. Na przykład sokół wędrowny jest najszybszym z ptaków. W locie poziomym osiąga prędkość 110 km/godz, ale pikując może się rozpędzić nawet do 440 km/godz. Jego specjalnością jest więc chwytanie w locie innych ptaków, np. gołębi. Zderzenie rozpędzonego, pikującego sokoła z jego ofiarą mogłoby się źle skończyć dla obu stron, toteż, co ciekawe, strategia sokoła polega na tym, że stara się przetrącić skrzydło innego ptaka. Mięso gołębia jest co prawda jadalne i było dawniej dość wysoko cenione, ale dziś na ogół przyjemność jego spożycia pozostawia się sokołowi... Natomiast główną atrakcją jest chyba wizualne napięcie wypełniające starcie tych dwóch tak różnych, ale bogatych w symboliczne znaczenia ptaków.
Sokół wędrowny (Falco peregrinus)
Natomiast saker nadaje się do polowania na większe ptactwo, na przykład podobną do dropia hubarę. Różni się też od sokoła wędrownego strategią: poluje głównie w locie poziomym. Potrafi dosiadać nawet gazelę, chociaż uporanie się z tak dużą ofiarą sprawia mu spore trudności i oznacza zawsze długotrwałą walkę (jak widać poniżej na clipie z udziałem pana emira). Dlatego też w prawdziwie "beduińskim" polowaniu na gazele, gdy chodziło rzeczywiście o skuteczne zdobycie mięsa, przeważnie kojarzono tego ptaka z salukami, co jednak ujmuje wiele dramatyzmu i widowiskowości. Także pojedynek tego sokoła z hubarą jest bardzo widowiskowy (oczywiście dla ludzi generalnie ceniących sceny tego rodzaju). Dodatkowej pikanterii nadaje temu fakt, że mięso hubary jest nie tylko wyjątkowo smaczne, ale też (ponoć) uznawane przez niektórych za afrodyzjak, czego oczywiście żadne badania nie potwierdzają. Ewentualny efekt wynika, jak sądzę, nie tyle z hipotetycznych substancji czynnych zawartych w mięsie, ile ze złożonej dynamiki emocjonalnej, jaka wywiązuje się u mężczyzny na skutek łowieckich przeżyć...
Hubara (Chlamydotis undulata); (Wikimedia Commons).
W krajach Półwyspu Arabskiego, gdzie sokolnictwo jest popularną rozrywką, obecnie poluje się przeważnie zarówno na gazele, jak i na hubary specjalnie hodowane do tego celu i wypuszczane bezpośrednio przed rozpoczęciem łowów. Innymi słowy, żeby zapolować, trzeba przyjść nie tylko z własnym sokołem, ale i z własną ułowką... Nadal modne są wprawdzie wyjazdy do innych krajów, np. do Pakistanu, gdzie można jeszcze spotkać "autentyczną", dziką hubarę, ale można zauważyć odchodzenie od tego na korzyść projektów łączących łowiectwo z ochroną i świadomą hodowlą najbardziej cenionych gatunków, co jest popierane czy wręcz lansowane przez arabskie elity. Nie przypadkiem fundację zajmującą się hubarami firmuje jeden z saudyjskich następców tronu, Sultan ibn Abdulaziz. Raz jeszcze potwierdza to, że w polowaniu z sokołami nie chodzi tak naprawdę o to, żeby zdobyć coś, czego się przedtem nie posiadało, ale o walory leżące przede wszystkim w sferze symbolicznej...
W Europie poluje się oczywiście na bażanty dla ich wykwintnego mięsa, ale tradycyjnie za najcenniejsze trofeum sokolnicze uznawano zawsze rajery, czyli dwa długie pióra znajdujące się na głowie czapli. Nawiasem mówiąc można było je eksponować nie tylko w kąciku myśliwskim, ale i na własnej głowie, ponieważ już od XVI wieku umieszczano je, jako tzw. egretkę, zarówno na męskich, jak i damskich nakryciach głowy. Nie jestem pewna, czy mięso czapli w ogóle jest jadalne, ale zdobycie tych piór świadczyło o doskonałym wyszkoleniu sokoła, który opanował umiejętność nurkowania, tzn. nauczył się atakować czaplę w taki sposób, aby uniknąć jej wystawionego do góry dzioba, czyli "nurkować" pod nią (oczywiście w powietrzu, a nie w wodzie) i chwycić jej pierś. Atrakcją polowania na czaple jest więc chyba dreszczyk emocji związany z realnym niebezpieczeństwem, jakie grozi sokołowi ze strony tego ptaka. Co ciekawe, już w dawnych czasach istniał pewnego rodzaju szacunek dla czapli. Często polowanie polegało na strąceniu tego ptaka na ziemię bez większych obrażeń. Wtedy myśliwy zadowalał się wyrwaniem cennych piór, a czaplę puszczał wolno, zakładając jej niekiedy obrączkę z własnym herbem, upamiętniającą wyczyn.
Czapla (akurat amerykańska, ale za to dobrze widać rajery); (Wikimedia Commons).
Ale co z mniejszymi sokołami i ich miniaturowymi ofiarami? Bo przecież poluje się z kobuzem, a poza Europą nawet z maleńkim turumti... Niektóre ptaki śpiewające, na jakie można w ten sposób zapolować co prawda nie dostarczą człowiekowi zbyt wiele pożywienia, ale w różnych kulturach były dawniej uważane za rarytasy. Dotyczy to na przykład kwiczoła, który co prawda przedstawia sobą ok. 10 dkg żywej wagi, ale jego mięso ceniono ze względu na wyjątkowy aromat, jakiego dostarczały zjadane przez ptaka owoce jałowca i jarzębiny.

Kwiczoł (Wikimedia Commons).
Tak więc w ostatecznym rozrachunku, aby w pełni pojąć atrakcyjność sokolnictwa, które bywało i bywa - dawniej w Europie, a i obecnie w innych częściach świata - prawdziwym szaleństwem, trzeba zsumować wiele różnorodnych czynników, począwszy od wartości symbolicznej wiążącej się z faktem posiadania imponującego stworzenia, jakim jest ptak drapieżny, poprzez rozmaite rodzaje i odcienie przyjemności - ekscytację wiążącą się z rywalizacją i widokiem walki, radości podniebienia czy rozkosze erotyczne - aż po wzniosłe doznania estetyczne. Bo przecież wartość sokoła nie sprowadza się do tego, co on może złowić; polega także na tym, że ucieleśnia dla człowieka idee wzlotu, wolności, harmonii, zaufania i partnerskiej współpracy. Dlatego sylwetka ptaka na tle nieba rodzi szczególne i niezwykłe wzruszenia u ludzi wywodzących się z bardzo różnych kultur...
PS. To o afrodyzjakalnych własnościach hubary oczywiście było tylko tytułem anegdoty! - nie jest to z pewnością poważne wytłumaczenie popularności tego typu polowania na Bliskim Wschodzie. Zresztą rytuał tych polowań, ciągnących się nieraz tygodniami, nie zakłada obecności kobiet, więc afrodyzjakalna hubara przysporzyłaby im pewnie więcej cierpień niż rozkoszy... Poza tym arabska farmakopea tradycyjna wymienia znaczną liczbę darów natury mających rzekomo takie właściwości. Najprostszym do zdobycia i najbardziej godnym polecenia - gdyby ktoś chciał spróbować - jest rucola. Sałatka z jej dodatkiem, nawet jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi!
Poszczególne gatunki ptaków specjalizują się w różnych strategiach polowania, a co za tym idzie, w różnych rodzajach zwierzyny. Na przykład sokół wędrowny jest najszybszym z ptaków. W locie poziomym osiąga prędkość 110 km/godz, ale pikując może się rozpędzić nawet do 440 km/godz. Jego specjalnością jest więc chwytanie w locie innych ptaków, np. gołębi. Zderzenie rozpędzonego, pikującego sokoła z jego ofiarą mogłoby się źle skończyć dla obu stron, toteż, co ciekawe, strategia sokoła polega na tym, że stara się przetrącić skrzydło innego ptaka. Mięso gołębia jest co prawda jadalne i było dawniej dość wysoko cenione, ale dziś na ogół przyjemność jego spożycia pozostawia się sokołowi... Natomiast główną atrakcją jest chyba wizualne napięcie wypełniające starcie tych dwóch tak różnych, ale bogatych w symboliczne znaczenia ptaków.
Sokół wędrowny (Falco peregrinus)
Natomiast saker nadaje się do polowania na większe ptactwo, na przykład podobną do dropia hubarę. Różni się też od sokoła wędrownego strategią: poluje głównie w locie poziomym. Potrafi dosiadać nawet gazelę, chociaż uporanie się z tak dużą ofiarą sprawia mu spore trudności i oznacza zawsze długotrwałą walkę (jak widać poniżej na clipie z udziałem pana emira). Dlatego też w prawdziwie "beduińskim" polowaniu na gazele, gdy chodziło rzeczywiście o skuteczne zdobycie mięsa, przeważnie kojarzono tego ptaka z salukami, co jednak ujmuje wiele dramatyzmu i widowiskowości. Także pojedynek tego sokoła z hubarą jest bardzo widowiskowy (oczywiście dla ludzi generalnie ceniących sceny tego rodzaju). Dodatkowej pikanterii nadaje temu fakt, że mięso hubary jest nie tylko wyjątkowo smaczne, ale też (ponoć) uznawane przez niektórych za afrodyzjak, czego oczywiście żadne badania nie potwierdzają. Ewentualny efekt wynika, jak sądzę, nie tyle z hipotetycznych substancji czynnych zawartych w mięsie, ile ze złożonej dynamiki emocjonalnej, jaka wywiązuje się u mężczyzny na skutek łowieckich przeżyć...
W krajach Półwyspu Arabskiego, gdzie sokolnictwo jest popularną rozrywką, obecnie poluje się przeważnie zarówno na gazele, jak i na hubary specjalnie hodowane do tego celu i wypuszczane bezpośrednio przed rozpoczęciem łowów. Innymi słowy, żeby zapolować, trzeba przyjść nie tylko z własnym sokołem, ale i z własną ułowką... Nadal modne są wprawdzie wyjazdy do innych krajów, np. do Pakistanu, gdzie można jeszcze spotkać "autentyczną", dziką hubarę, ale można zauważyć odchodzenie od tego na korzyść projektów łączących łowiectwo z ochroną i świadomą hodowlą najbardziej cenionych gatunków, co jest popierane czy wręcz lansowane przez arabskie elity. Nie przypadkiem fundację zajmującą się hubarami firmuje jeden z saudyjskich następców tronu, Sultan ibn Abdulaziz. Raz jeszcze potwierdza to, że w polowaniu z sokołami nie chodzi tak naprawdę o to, żeby zdobyć coś, czego się przedtem nie posiadało, ale o walory leżące przede wszystkim w sferze symbolicznej...
W Europie poluje się oczywiście na bażanty dla ich wykwintnego mięsa, ale tradycyjnie za najcenniejsze trofeum sokolnicze uznawano zawsze rajery, czyli dwa długie pióra znajdujące się na głowie czapli. Nawiasem mówiąc można było je eksponować nie tylko w kąciku myśliwskim, ale i na własnej głowie, ponieważ już od XVI wieku umieszczano je, jako tzw. egretkę, zarówno na męskich, jak i damskich nakryciach głowy. Nie jestem pewna, czy mięso czapli w ogóle jest jadalne, ale zdobycie tych piór świadczyło o doskonałym wyszkoleniu sokoła, który opanował umiejętność nurkowania, tzn. nauczył się atakować czaplę w taki sposób, aby uniknąć jej wystawionego do góry dzioba, czyli "nurkować" pod nią (oczywiście w powietrzu, a nie w wodzie) i chwycić jej pierś. Atrakcją polowania na czaple jest więc chyba dreszczyk emocji związany z realnym niebezpieczeństwem, jakie grozi sokołowi ze strony tego ptaka. Co ciekawe, już w dawnych czasach istniał pewnego rodzaju szacunek dla czapli. Często polowanie polegało na strąceniu tego ptaka na ziemię bez większych obrażeń. Wtedy myśliwy zadowalał się wyrwaniem cennych piór, a czaplę puszczał wolno, zakładając jej niekiedy obrączkę z własnym herbem, upamiętniającą wyczyn.
Czapla (akurat amerykańska, ale za to dobrze widać rajery); (Wikimedia Commons).
Ale co z mniejszymi sokołami i ich miniaturowymi ofiarami? Bo przecież poluje się z kobuzem, a poza Europą nawet z maleńkim turumti... Niektóre ptaki śpiewające, na jakie można w ten sposób zapolować co prawda nie dostarczą człowiekowi zbyt wiele pożywienia, ale w różnych kulturach były dawniej uważane za rarytasy. Dotyczy to na przykład kwiczoła, który co prawda przedstawia sobą ok. 10 dkg żywej wagi, ale jego mięso ceniono ze względu na wyjątkowy aromat, jakiego dostarczały zjadane przez ptaka owoce jałowca i jarzębiny.

Kwiczoł (Wikimedia Commons).
Tak więc w ostatecznym rozrachunku, aby w pełni pojąć atrakcyjność sokolnictwa, które bywało i bywa - dawniej w Europie, a i obecnie w innych częściach świata - prawdziwym szaleństwem, trzeba zsumować wiele różnorodnych czynników, począwszy od wartości symbolicznej wiążącej się z faktem posiadania imponującego stworzenia, jakim jest ptak drapieżny, poprzez rozmaite rodzaje i odcienie przyjemności - ekscytację wiążącą się z rywalizacją i widokiem walki, radości podniebienia czy rozkosze erotyczne - aż po wzniosłe doznania estetyczne. Bo przecież wartość sokoła nie sprowadza się do tego, co on może złowić; polega także na tym, że ucieleśnia dla człowieka idee wzlotu, wolności, harmonii, zaufania i partnerskiej współpracy. Dlatego sylwetka ptaka na tle nieba rodzi szczególne i niezwykłe wzruszenia u ludzi wywodzących się z bardzo różnych kultur...
PS. To o afrodyzjakalnych własnościach hubary oczywiście było tylko tytułem anegdoty! - nie jest to z pewnością poważne wytłumaczenie popularności tego typu polowania na Bliskim Wschodzie. Zresztą rytuał tych polowań, ciągnących się nieraz tygodniami, nie zakłada obecności kobiet, więc afrodyzjakalna hubara przysporzyłaby im pewnie więcej cierpień niż rozkoszy... Poza tym arabska farmakopea tradycyjna wymienia znaczną liczbę darów natury mających rzekomo takie właściwości. Najprostszym do zdobycia i najbardziej godnym polecenia - gdyby ktoś chciał spróbować - jest rucola. Sałatka z jej dodatkiem, nawet jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi!
Jak taki ptak się nazywa?
W terminologii sokolniczej każdy ptak oczywiście inaczej się nazywa. Ale nie chodzi tu wyłącznie o nazwy gatunków zoologicznych (chociaż i to, uwzględniając warianty lokalne i różnojęzyczne, daje spory materiał); sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo do tego dochodzą różne określenia związane z płcią ptaka, jego wiekiem oraz momentem, w którym zaczął być układany. To wszystko razem tworzy więc dość skomplikowaną siatkę pojęć. Ale spokojnie, spróbujmy po kolei (zastrzegam, że nie wyczerpię zagadnienia).
Mamy więc przede wszystkim jastrzębie (Accipiter) i sokoły (Falcatio). Wśród tych pierwszych, jeśli mówimy o gatunkach, znajdzie się np. jastrząb gołębiarz i krogulec. Natomiast jeśli odnosimy się do wieku, to mamy tu czerwonego i białego ptaka. Czerwony to osobnik w młodocianym upierzeniu, zaś biały to ptak powyżej pierwszego roku życia (oczywiście te kolory są w dużym stopniu metaforą...).
Wśród sokołów mamy takie gatunki, jak białozór (Falco rusticolus) czyli gyr albo al-sanqarسنقر, raróg (Falco cherrug) czyli saker od arabskiego al-saqr al-hurr صقر حر, sokół wędrowny (Falco peregrinus) czyli al-szahin شاهين, a z mniejszych drzemlik (Falco columbarius) czyli merlin, kobuz (Falco subbuteo) czyli hobby, a po arabsku al-qatan. W odniesieniu do sokołów często stosuje się różne określenia w zależności od płci ptaka. Właściwa nazwa danego sokoła odnosi się zasadniczo do samicy, natomiast nazwę samca, który jest zwykle mniejszy, często tworzy się na zasadzie romańskiego zdrobnienia, a więc przez dodanie końcówki -et lub -eret. Tak więc raróg to saker, a samiec raroga to sakeret. To samo dotyczy lannera, czyli raroga górskiego (Falco biarmicus); samiec tego gatunku to lanneret. W odniesieniu do sokoła wędrownego używa się po polsku form przymiotnika: wędrowna dla samicy, a wędrowny dla samca; jednakże romańska nazwa dla samca tego gatunku to tiercel, tiercelet lub sacret. Natomiast samiec gyra to gyrkin.
Istnieją też różne określenia dziczków, czyli ptaków, które wykluły się w stanie dzikim, w zależności od tego, kiedy zostały odłowione: na przykład genti to dziczek złapany między marcem a majem, pelerin - między wrześniem a grudniem, antenaire - między styczniem a marcem. Termin określający ptaka pozyskanego jako wyjęte z gniazda pisklę to eyas (od starofrancuskiego niais). Wszystkie ptaki odłowione w ciągu pierwszego roku życia określa się jako passager, natomiast przeciwieństwem jest termin haggard, oznaczający ptaka odłowionego powyżej pierwszego roku, już w dorosłym upierzeniu.
Mamy więc przede wszystkim jastrzębie (Accipiter) i sokoły (Falcatio). Wśród tych pierwszych, jeśli mówimy o gatunkach, znajdzie się np. jastrząb gołębiarz i krogulec. Natomiast jeśli odnosimy się do wieku, to mamy tu czerwonego i białego ptaka. Czerwony to osobnik w młodocianym upierzeniu, zaś biały to ptak powyżej pierwszego roku życia (oczywiście te kolory są w dużym stopniu metaforą...).
Wśród sokołów mamy takie gatunki, jak białozór (Falco rusticolus) czyli gyr albo al-sanqarسنقر, raróg (Falco cherrug) czyli saker od arabskiego al-saqr al-hurr صقر حر, sokół wędrowny (Falco peregrinus) czyli al-szahin شاهين, a z mniejszych drzemlik (Falco columbarius) czyli merlin, kobuz (Falco subbuteo) czyli hobby, a po arabsku al-qatan. W odniesieniu do sokołów często stosuje się różne określenia w zależności od płci ptaka. Właściwa nazwa danego sokoła odnosi się zasadniczo do samicy, natomiast nazwę samca, który jest zwykle mniejszy, często tworzy się na zasadzie romańskiego zdrobnienia, a więc przez dodanie końcówki -et lub -eret. Tak więc raróg to saker, a samiec raroga to sakeret. To samo dotyczy lannera, czyli raroga górskiego (Falco biarmicus); samiec tego gatunku to lanneret. W odniesieniu do sokoła wędrownego używa się po polsku form przymiotnika: wędrowna dla samicy, a wędrowny dla samca; jednakże romańska nazwa dla samca tego gatunku to tiercel, tiercelet lub sacret. Natomiast samiec gyra to gyrkin.
Istnieją też różne określenia dziczków, czyli ptaków, które wykluły się w stanie dzikim, w zależności od tego, kiedy zostały odłowione: na przykład genti to dziczek złapany między marcem a majem, pelerin - między wrześniem a grudniem, antenaire - między styczniem a marcem. Termin określający ptaka pozyskanego jako wyjęte z gniazda pisklę to eyas (od starofrancuskiego niais). Wszystkie ptaki odłowione w ciągu pierwszego roku życia określa się jako passager, natomiast przeciwieństwem jest termin haggard, oznaczający ptaka odłowionego powyżej pierwszego roku, już w dorosłym upierzeniu.
sobota, 17 kwietnia 2010
Saluki
Bliskowschodnia odmiana charta, saluki, należy podobno do najstarszych ras psa. Jej arabskie miano - سلوقي pochodzi, jak mi się wydaje, od określenia suluk, oznaczającego człowieka, który odłączył się od swojego plemienia (lub został z niego wypędzony za jakieś wykroczenie), by żyć samotnie na pustyni - ten typ unieśmiertelnia m.in. Mickiewicz w poemacie Szanfary. A więc chart saluki jest ostatnim przyjacielem romantycznego banity...
Wróćmy jednak do początków. Tak więc saluki jest starożytną rasą, jedną z najstarszych odmian psa, którego udomowiono na terenach Żyznego Półksiężyca. Najstarsze przedstawienia takich zwierząt pochodzą z Iranu i są datowane na 3500 lat p.n.e., chociaż jest też i pogląd, że trzymali je już Sumerowie (6000 - 7000 p.n.e). Pies podobny do saluka przewija się też w sztuce egipskiej; bywał też często mumifikowany. Co ciekawe, w kulturze muzułmańskiej saluki posiada szczególny status, odmienny od innych psów, uważanych za zwierzęta nieczyste. Takie przewartościowanie mogło wynikać z prostego nagięcia zasad religijnych do potrzeb życia, bo Beduini przypuszczalnie chcieli mieć te cenne psy na oku, trzymając je przy ludziach we wnętrzu namiotu, a nie na zewnątrz.
Koczujący Beduini (na pierwszym planie widoczny saluki). Fot. z pierwszej połowy XX w.
Historia saluka łączy się więc zarówno z cywilizacjami osiadłymi, jak i z nomadami. Tak czy owak jest to pies pustyni, rozpowszechniony na rozległych terenach od Półwyspu Arabskiego po Morze Kaspijskie, a na zachodzie aż po Maroko. Nic więc dziwnego, że jest to rasa dość zróżnicowana wyglądem, gdzie obok typowego, jasnego ubarwienia występują też psy o ciemniejszej sierści.
Mimo że rekordy szybkości u psów należą do chartów krótkowłosych (greyhoundów), to saluki posiada zalety wiążące się przede wszystkim z wytrzymałością. Jak wszystkie charty, należy do psów opierających się w swojej strategii polowania na zmyśle wzroku (w przeciwieństwie do psów tropiących zwierzynę w oparciu o węch). Poluje zwykle w małych sforach, składających się często z 2-3 psów, lub ewentualnie większej liczby.
Saluki może być wykorzystywany do samodzielnego polowania na drobniejszą zwierzynę, w rodzaju zajęcy, jednak zasadniczo jest używany na gazele, zwłaszcza jako pies podsokoli. We współpracy z sokołem saluki jest w stanie polować na gazelę zastępując geparda, zwierzę co prawda znacznie szybsze (biegnące na krótkim dystansie 110 km/godz, podczas gdy saluki nie osiąga prędkości 70 km/godz), ale zdecydowanie mniej wytrzymałe, a przy tym rzadkie i trudne w hodowli. Strategia polowania polega na tym, że dzięki swojej wytrzymałości na długich dystansach saluki może ścigać zwierzynę atakowaną jednocześnie przez sokoła, a kiedy nastąpi dosiad, szybko wkroczyć do akcji, rozstrzygając wynik polowania w przypadku zdobyczy, z którą sokołowi jednak trudno byłoby sobie poradzić.
Sfora saluków w trakcie polowania na gazelę (hodowlaną):
Wróćmy jednak do początków. Tak więc saluki jest starożytną rasą, jedną z najstarszych odmian psa, którego udomowiono na terenach Żyznego Półksiężyca. Najstarsze przedstawienia takich zwierząt pochodzą z Iranu i są datowane na 3500 lat p.n.e., chociaż jest też i pogląd, że trzymali je już Sumerowie (6000 - 7000 p.n.e). Pies podobny do saluka przewija się też w sztuce egipskiej; bywał też często mumifikowany. Co ciekawe, w kulturze muzułmańskiej saluki posiada szczególny status, odmienny od innych psów, uważanych za zwierzęta nieczyste. Takie przewartościowanie mogło wynikać z prostego nagięcia zasad religijnych do potrzeb życia, bo Beduini przypuszczalnie chcieli mieć te cenne psy na oku, trzymając je przy ludziach we wnętrzu namiotu, a nie na zewnątrz.
Koczujący Beduini (na pierwszym planie widoczny saluki). Fot. z pierwszej połowy XX w.Historia saluka łączy się więc zarówno z cywilizacjami osiadłymi, jak i z nomadami. Tak czy owak jest to pies pustyni, rozpowszechniony na rozległych terenach od Półwyspu Arabskiego po Morze Kaspijskie, a na zachodzie aż po Maroko. Nic więc dziwnego, że jest to rasa dość zróżnicowana wyglądem, gdzie obok typowego, jasnego ubarwienia występują też psy o ciemniejszej sierści.
Mimo że rekordy szybkości u psów należą do chartów krótkowłosych (greyhoundów), to saluki posiada zalety wiążące się przede wszystkim z wytrzymałością. Jak wszystkie charty, należy do psów opierających się w swojej strategii polowania na zmyśle wzroku (w przeciwieństwie do psów tropiących zwierzynę w oparciu o węch). Poluje zwykle w małych sforach, składających się często z 2-3 psów, lub ewentualnie większej liczby.
Saluki może być wykorzystywany do samodzielnego polowania na drobniejszą zwierzynę, w rodzaju zajęcy, jednak zasadniczo jest używany na gazele, zwłaszcza jako pies podsokoli. We współpracy z sokołem saluki jest w stanie polować na gazelę zastępując geparda, zwierzę co prawda znacznie szybsze (biegnące na krótkim dystansie 110 km/godz, podczas gdy saluki nie osiąga prędkości 70 km/godz), ale zdecydowanie mniej wytrzymałe, a przy tym rzadkie i trudne w hodowli. Strategia polowania polega na tym, że dzięki swojej wytrzymałości na długich dystansach saluki może ścigać zwierzynę atakowaną jednocześnie przez sokoła, a kiedy nastąpi dosiad, szybko wkroczyć do akcji, rozstrzygając wynik polowania w przypadku zdobyczy, z którą sokołowi jednak trudno byłoby sobie poradzić.
Sfora saluków w trakcie polowania na gazelę (hodowlaną):
Długie, krótkie, szerokie - i co z tego wynika
Ptaki drapieżne używane w sokolnictwie dzieli się tradycyjnie na trzy grupy - długoskrzydłe, krótkoskrzydłe i szerokoskrzydłe. Taki podział odzwierciedla w pewnym stopniu systematykę zoologiczną, ale głównie opiera się na przystosowaniu poszczególnych gatunków do warunków "przestrzennych", w jakich polują. Do długoskrzydłych zaliczają się sokoły (Falcatio), na przykład saker, gyr czy sokół wędrowny. Ich zasadniczą umiejętnością jest chwytanie innych ptaków w locie (co nie oznacza, że polują tylko w ten sposób). Atakują więc z powietrza, a sokolnik musi śledzić ich ruchy na dużych odległościach (w praktyce po prostu rozbija się samochodem po pustyni, starając się nie stracić sokoła z oczu). Często nazywa się je też ptakami wysokiego lotu. Są to typowe ptaki do polowania w rozległym, otwartym terenie, takim jak stepy czy pustynie Półwyspu Arabskiego, a ich typowa zdobycz to na przykład nieśmiertelna arabska hubara.
Natomiast krótkoskrzydłe są bardziej typowe dla sokolnictwa zachodnioeuropejskiego, ale nie tylko, bo używa się ich też np. w Indiach, o czym będzie niżej. Polują na zwierzynę znajdującą się na ziemi, na przykład zające czy też ptaki kryjące się w zaroślach, w rodzaju bażanta. Dlatego też są to tzw. ptaki niskiego lotu, trzymające się dość blisko sokolnika. Są przystosowane do osłoniętego terenu, z drzewami, krzakami itd. Polują albo z "punktu obserwacyjnego" na drzewie, albo wprost z rękawicy. Typowymi krótkoskrzydłymi są jastrzębie (Accipiter).
Wreszcie szerokoskrzydłe to orły i myszołowy. Jest to w pewnym sensie kategoria pośrednia, łącząca pewne cechy krótko- i długoskrzydłych, ale też nie sprowadzająca się w pełni do żadnej z tych dwóch klas. O ile myszołowy mogą polować także na zadrzewionym terenie, o tyle orły potrafią szybować na dużej wysokości i są szczególnie przydatne do polowania w terenie górzystym. Należy więc je zaliczyć do ptaków wysokiego lotu, atakujących z powietrza.
Ze względu na różne strategie polowania poszczególnych gatunków, różne są też sposoby szkolenia sokolniczego dla tych ptaków; istnieją też różne dodatkowe techniki. Typowe dla długoskrzydłych jest na przykład szkolenie za pomocą przebijania wabidła (sokolnik kręci przynętą w postaci gołębia lub atrapą o podobnym kształcie, uwiązaną na długiej lince; stara się przy tym nieustannie zmieniać płaszczyznę obrotu, aby sokół nie zdołał pochwycić wabidła). Celem tego ćwiczenia jest nie tylko ogólne wylatanie ptaka i przyrost jego masy mięśniowej, ale przede wszystkim szkolenie zwrotności i zręczności ptaka w powietrzu.
Dla ptaków polujących z rękawicy wymyślono z kolei różne techniki mające mu ułatwić start i nadać dodatkową prędkość początkową. Np. w Indiach sokolnicy polujący z małymi gatunkami jastrzębiowatych, które łatwo można objąć dłonią, stosują stosunkowo prostą technikę polegającą na ciskaniu ptaka w kierunku zdobyczy. Sokolnik skrada się w kierunku upatrzonej ofiary, często ukrywając obecność ptaka w ten sposób, że trzyma go w ręku za ramieniem lub biodrem, a więc zasłania własnym ciałem lub głową, a następnie energicznie wyrzuca z ręki, co ma nadać dodatkowy pęd, przekładający się na zaskoczenie i niemal natychmiastowe złowienie zdobyczy.
Dla większych ptaków w podobnym celu (usprawnienie startu z rękawicy) wymyślono jangoli, czyli wyposażenie składające się z rzemienia zamocowanego wokół głowy i opadającego wzdłuż piersi ptaka (nie jest to zbyt długie - długość tego luźnego końca jest porównywalna z wysokością ptaka); dodatkowo zawiesza się czasem na szyi ptaka dzwonek. Jak dotąd nie udało mi się jednak ustalić, jak właściwie należy używać jangoli. Niektórzy twierdzą, że funkcją tego rzemienia jest przytrzymywanie ptaka na rękawicy w pozycji "do startu" i kierowanie jego uwagi na potencjalną zdobycz. Inna wersja mówi o tym, że sztuka używania jangoli polega na użyciu luźnego końca rzemienia do nadania ptakowi dodatkowej prędkości początkowej na podobnej zasadzie, jak trzaska się z bicza. Jeśli to prawda, używanie jangoli wymagałoby pewnie wielkiej wprawy i zręczności, co być może tłumaczy, dlaczego dzisiaj rzadko używa się tej techniki.
Przykłady polowania z ptakiem długoskrzydłym i krótkoskrzydłym (Qatar i Pakistan):
Natomiast krótkoskrzydłe są bardziej typowe dla sokolnictwa zachodnioeuropejskiego, ale nie tylko, bo używa się ich też np. w Indiach, o czym będzie niżej. Polują na zwierzynę znajdującą się na ziemi, na przykład zające czy też ptaki kryjące się w zaroślach, w rodzaju bażanta. Dlatego też są to tzw. ptaki niskiego lotu, trzymające się dość blisko sokolnika. Są przystosowane do osłoniętego terenu, z drzewami, krzakami itd. Polują albo z "punktu obserwacyjnego" na drzewie, albo wprost z rękawicy. Typowymi krótkoskrzydłymi są jastrzębie (Accipiter).
Wreszcie szerokoskrzydłe to orły i myszołowy. Jest to w pewnym sensie kategoria pośrednia, łącząca pewne cechy krótko- i długoskrzydłych, ale też nie sprowadzająca się w pełni do żadnej z tych dwóch klas. O ile myszołowy mogą polować także na zadrzewionym terenie, o tyle orły potrafią szybować na dużej wysokości i są szczególnie przydatne do polowania w terenie górzystym. Należy więc je zaliczyć do ptaków wysokiego lotu, atakujących z powietrza.
Ze względu na różne strategie polowania poszczególnych gatunków, różne są też sposoby szkolenia sokolniczego dla tych ptaków; istnieją też różne dodatkowe techniki. Typowe dla długoskrzydłych jest na przykład szkolenie za pomocą przebijania wabidła (sokolnik kręci przynętą w postaci gołębia lub atrapą o podobnym kształcie, uwiązaną na długiej lince; stara się przy tym nieustannie zmieniać płaszczyznę obrotu, aby sokół nie zdołał pochwycić wabidła). Celem tego ćwiczenia jest nie tylko ogólne wylatanie ptaka i przyrost jego masy mięśniowej, ale przede wszystkim szkolenie zwrotności i zręczności ptaka w powietrzu.
Dla ptaków polujących z rękawicy wymyślono z kolei różne techniki mające mu ułatwić start i nadać dodatkową prędkość początkową. Np. w Indiach sokolnicy polujący z małymi gatunkami jastrzębiowatych, które łatwo można objąć dłonią, stosują stosunkowo prostą technikę polegającą na ciskaniu ptaka w kierunku zdobyczy. Sokolnik skrada się w kierunku upatrzonej ofiary, często ukrywając obecność ptaka w ten sposób, że trzyma go w ręku za ramieniem lub biodrem, a więc zasłania własnym ciałem lub głową, a następnie energicznie wyrzuca z ręki, co ma nadać dodatkowy pęd, przekładający się na zaskoczenie i niemal natychmiastowe złowienie zdobyczy.
Dla większych ptaków w podobnym celu (usprawnienie startu z rękawicy) wymyślono jangoli, czyli wyposażenie składające się z rzemienia zamocowanego wokół głowy i opadającego wzdłuż piersi ptaka (nie jest to zbyt długie - długość tego luźnego końca jest porównywalna z wysokością ptaka); dodatkowo zawiesza się czasem na szyi ptaka dzwonek. Jak dotąd nie udało mi się jednak ustalić, jak właściwie należy używać jangoli. Niektórzy twierdzą, że funkcją tego rzemienia jest przytrzymywanie ptaka na rękawicy w pozycji "do startu" i kierowanie jego uwagi na potencjalną zdobycz. Inna wersja mówi o tym, że sztuka używania jangoli polega na użyciu luźnego końca rzemienia do nadania ptakowi dodatkowej prędkości początkowej na podobnej zasadzie, jak trzaska się z bicza. Jeśli to prawda, używanie jangoli wymagałoby pewnie wielkiej wprawy i zręczności, co być może tłumaczy, dlaczego dzisiaj rzadko używa się tej techniki.
Przykłady polowania z ptakiem długoskrzydłym i krótkoskrzydłym (Qatar i Pakistan):
piątek, 16 kwietnia 2010
Kobiety w sokolnictwie
Kiedy zaczynałam zajmować się sokolnictwem, głównie w arabskim kontekście, często słyszałam, jak ktoś przyznawał się ze zdumieniem i niejakim zażenowaniem, że pierwszy raz widzi kobietę interesującą się sokołami. Wtedy myślałam sobie: ech, taki Beduin... Co on tam może widzieć... Dopiero kiedy zaczęłam udzielać się na polskim forum sokolniczym, zdałam sobie sprawę, że w istocie bardzo niewiele kobiet interesuje się sokolnictwem. Jeśli już się pojawią, to natychmiast uderzają w humanitarne i ekologiczne tony ("Co to wstrętne ptaszysko robi z tą sarenką?!"). Polskie kobiety nadal pielęgnują swój wizerunek istoty słabej, łagodnej i bezbronnej, toteż bardzo niechętnie sięgają po "symbole mocy", takie jak sokół - to temat do przemyślenia dla feministek. Tak więc sądząc po tytule tego posta, można byłoby przypuszczać, że tematem będą sposoby pozyskiwania kobiet do sprzątania blejtów... Ale nie.
W dawnych wiekach, przynajmniej w Europie, kobiety czynnie zajmowały się sokolnictwem. Takie przynajmniej było wyobrażenie angielskiego badacza z początku XIX w., Jamesa Strutta, który w swojej pracy The sports and pastimes of the people of England from the earliest period napisał, że "damy nie tylko towarzyszyły panom w ich rozrywkach (sokolnictwie), ale też często same je uprawiały, przerastając wręcz mężczyzn wiedzą i biegłością w tej sztuce".
Bracia Limbourg, Godzinki księcia de Berry, fragment miniatury przedstawiający wyprawę na polowanie z sokołami, 1412-1416, Musée Condé, Chantilly.
Świadczy o tym wiele przedstawień malarskich i graficznych. Fascynacja sokolnictwem znajduje także odzwierciedlenie w piśmiennictwie tworzonym przez kobiety. Najsłynniejszym przykładem jest tu zapewne Book of St Albans (1486), którego autorstwo przypisuje się Julii Berners. Co prawda ta księga jest cytowana zazwyczaj nie ze względu na zawartą w niej wiedzę praktyczną, ale jako próba kodyfikacji sokolnictwa jako praktyki społecznej, z nakreśleniem hierarchii ptaków (ze względu na gatunek i płeć), jakie przystoją poszczególnym stanom i tytułom szlacheckim. Warto jednak zauważyć, że w tym systemie jest miejsce także dla damy, której przypisuje się drzemlika (Falco columbarius) - ptaka może nie najbardziej pokaźnego rozmiarami, ale jednak skutecznego.
Średniowieczne i renesansowe sokolnictwo dworskie właściwie nie mogło obyć się bez kobiet. Polowanie z sokołami często było nie tylko łowiectwem, lecz miało charakter pokazu - turnieju sprawności, było popisem adresowanym właśnie do dam, co nie oznacza, że były one tylko biernymi obserwatorkami. Zresztą nawet, żeby dobrze obserwować też trzeba się znać. Wszelkie sokolnicze metafory mogły więc z powodzeniem przemawiać do obu płci, były zrozumiałe również dla kobiet. Nie przypadkiem więc Szekspir w Poskromieniu złośnicy przyrównuje okiełznanie niepokornej małżonki do ugłaskiwania dziczka (zresztą mniej znany polski przekład tej komedii nosi właśnie tytuł Ugłaskanie sekutnicy).
Tak więc sokolnictwo, niekoniecznie z drzemlikiem, jak najbardziej przystoi damie, a podjęcie tradycji sokolniczych nie oznacza zmiany płci kulturowej na przeciwną, ani też demontażu własnej kobiecości. Wymaga jednak przełamania wielu lęków i wdrukowanych nam od maleńkości schematów zachowania. Nie chodzi mi o strach przed nadlatującym sokołem, wyciągającym szpony w naszym kierunku, ale o znacznie mniej uchwytny lęk, że kiedy zacznę się tym zajmować, to jako kobieta będę postrzegana jako jakaś bezduszna, krwiożercza baba. I będę musiała zapłacić cenę dla kobiety najwyższą: nie będę się podobać. Bo to także trzeba wziąć pod uwagę - kobieta, nawet bez sokoła, nieustannie jest w polu. Słabość, łagodność i bezbronność to jej barwy ochronne...
W dawnych wiekach, przynajmniej w Europie, kobiety czynnie zajmowały się sokolnictwem. Takie przynajmniej było wyobrażenie angielskiego badacza z początku XIX w., Jamesa Strutta, który w swojej pracy The sports and pastimes of the people of England from the earliest period napisał, że "damy nie tylko towarzyszyły panom w ich rozrywkach (sokolnictwie), ale też często same je uprawiały, przerastając wręcz mężczyzn wiedzą i biegłością w tej sztuce".
Bracia Limbourg, Godzinki księcia de Berry, fragment miniatury przedstawiający wyprawę na polowanie z sokołami, 1412-1416, Musée Condé, Chantilly.Świadczy o tym wiele przedstawień malarskich i graficznych. Fascynacja sokolnictwem znajduje także odzwierciedlenie w piśmiennictwie tworzonym przez kobiety. Najsłynniejszym przykładem jest tu zapewne Book of St Albans (1486), którego autorstwo przypisuje się Julii Berners. Co prawda ta księga jest cytowana zazwyczaj nie ze względu na zawartą w niej wiedzę praktyczną, ale jako próba kodyfikacji sokolnictwa jako praktyki społecznej, z nakreśleniem hierarchii ptaków (ze względu na gatunek i płeć), jakie przystoją poszczególnym stanom i tytułom szlacheckim. Warto jednak zauważyć, że w tym systemie jest miejsce także dla damy, której przypisuje się drzemlika (Falco columbarius) - ptaka może nie najbardziej pokaźnego rozmiarami, ale jednak skutecznego.
Średniowieczne i renesansowe sokolnictwo dworskie właściwie nie mogło obyć się bez kobiet. Polowanie z sokołami często było nie tylko łowiectwem, lecz miało charakter pokazu - turnieju sprawności, było popisem adresowanym właśnie do dam, co nie oznacza, że były one tylko biernymi obserwatorkami. Zresztą nawet, żeby dobrze obserwować też trzeba się znać. Wszelkie sokolnicze metafory mogły więc z powodzeniem przemawiać do obu płci, były zrozumiałe również dla kobiet. Nie przypadkiem więc Szekspir w Poskromieniu złośnicy przyrównuje okiełznanie niepokornej małżonki do ugłaskiwania dziczka (zresztą mniej znany polski przekład tej komedii nosi właśnie tytuł Ugłaskanie sekutnicy).
Tak więc sokolnictwo, niekoniecznie z drzemlikiem, jak najbardziej przystoi damie, a podjęcie tradycji sokolniczych nie oznacza zmiany płci kulturowej na przeciwną, ani też demontażu własnej kobiecości. Wymaga jednak przełamania wielu lęków i wdrukowanych nam od maleńkości schematów zachowania. Nie chodzi mi o strach przed nadlatującym sokołem, wyciągającym szpony w naszym kierunku, ale o znacznie mniej uchwytny lęk, że kiedy zacznę się tym zajmować, to jako kobieta będę postrzegana jako jakaś bezduszna, krwiożercza baba. I będę musiała zapłacić cenę dla kobiety najwyższą: nie będę się podobać. Bo to także trzeba wziąć pod uwagę - kobieta, nawet bez sokoła, nieustannie jest w polu. Słabość, łagodność i bezbronność to jej barwy ochronne...
czwartek, 15 kwietnia 2010
Takagari
Bardzo trudno odpowiedzieć, jak stare jest sokolnictwo, ponieważ nie był to wynalazek jednorazowy, lecz dokonywany wielokrotnie w różnych czasach i kręgach kulturowych ludzkości. O używaniu ptaków drapieżnych do polowania mogą świadczyć niektóre rysunki naskalne. Wynalazek sokolnictwa datowany na XIII w. p.n.e. przypisuje się też Hetytom zajmującym wówczas tereny Azji Mniejszej. Przypuszcza się, że zapalonym sokolnikiem na terenach Mezopotamii był asyryjski władca Sargon II w VIII w. p.n.e., o czym wydaje się świadczyć relief znaleziony w ruinach jego pałacu, przedstawiający przypuszczalnie scenę polowania z ptakami. Jednak odrębne i przypuszczalnie prawie tak samo stare tradycje sokolnicze istnieją na Dalekim Wschodzie. Sokolnictwo rozwijało się już około roku 1000 p.n.e. na terenach Mongolii, Chin, Turkiestanu i Indii.
W dalekowschodnim kontekście wyróżnia się Japonia, gdzie powstała odrębna, może niezbyt dawna, ale za to wyrafinowana tradycja sokolnicza - takagari, zapoczątkowana prawdopodobnie w IV w. n.e. W kronice Nihon Shoki, ważnym zabytku historiografii japońskiej z początku VIII w., zachował się przekaz mówiący o tym, że sokolnictwo zostało wprowadzone do Japonii przez konkretnego człowieka, Sakenokimiego, w konkretnym momencie, a mianowicie za panowania cesarza Nintoku, w 359 n.e. Sakenokimi pochodził z królestwa Baekje w Korei, gdzie sokolnictwo trafiło wcześniej z Chin. Natomiast w Japonii szczególnie rozkwitło w epoce Edo (1603-1868), zwłaszcza za czasów szoguna Tokugawy, który był zapalonym sokolnikiem. Koniec wielkiej epoki świetności sokolnictwa jako techniki łowieckiej nadszedł, podobnie jak w Europie, wraz z wynalezieniem broni palnej, ale sokolnictwo jako sztuka właśnie wtedy rozwinęło całe swoje piękno.
Suzuita - płytki z kości słoniowej lub szylkretu, służące do zamocowania dzwonka do dwóch środkowych piór w ogonie sokoła.
Podobnie jak to miało miejsce w kulturze europejskiego średniowiecza, japońskie sokolnictwo było ściśle powiązane ze stanem szlacheckim i wojownikami. Było uprawiane zarówno przez samurajów, jak i szlachtę dworską (kuge). W oparciu o pierwotną tradycję chińsko-koreańską wykształciły się z czasem różne style uprawiania tego sportu (ryu). Począwszy od XIII w. powstały coraz liczniejsze traktaty sokolnicze, początkowo tworzone w dworskim środowisku kuge, a później, od XVI w., także w środowisku samurajów. Ptaki używane w sokolnictwie stały się także częstym tematem malarstwa japońskiego. Z czasem przeniknęły nawet do tańszej, masowej produkcji, jaką stanowiły ukiyo-e, kolorowane drzeworyty, nabywane przez ludzi, którzy nie mieli prawa do uprawiania tego sportu, ale interesowali się nim i ulegali czarowi ptaków drapieżnych.
Z czasem uprawianie sokolnictwa, będącego ważnym symbolem statusu, podlegało coraz ściślejszym regulacjom, przypisującym do poszczególnych stopni hierarchii feudalnej różne gatunki ptaków, na które wolno było polować danym osobom. Z myślą o sokolnikach z klas uprzywilejowanych wydzielono zarezerwowane tereny łowieckie, takaba, natomiast na pozostałych obszarach polowania zakazano. Nie oznacza to bynajmniej, że próbowano w ten sposób ochronić przed niszczeniem pola uprawiane przez człowieka. Przeciwnie, często prawo do polowania było dodatkowym ciężarem przypisanym do pewnych gruntów ornych i wiązało się z określonymi powinnościami dla chłopów zamieszkujących taki teren. Dopiero rewolucja Meiji przyniosła zniesienie tych ograniczeń i dopuściła entuzjastów spoza grupy samurajów do uprawiania sokolnictwa.
Ciekawostką jest to, że w Japonii sokolnictwo jest pojmowane jako sztuka wieloaspektowa, wymagająca połączenia różnych talentów: od sokolnika wymaga się nie tylko wiedzy i umiejętności związanych bezpośrednio z hodowlą, szkoleniem i wykorzystaniem ptaka na polowaniu, ale i biegłości rzemieślniczej, pozwalającej na samodzielne wykonanie wszystkich potrzebnych akcesoriów.
Japońskie wyposażenie sokolnicze różni się w wielu szczegółach od tego, które jest nam znane z europejskiej i śródziemnomorskiej tradycji. Odpowiednik naszego karnala, noszący nazwę zukin nie jest wykonany ze skóry, lecz przypomina luźny woreczek, wyłożony od wewnątrz specjalnym rodzajem papieru. Jeszcze dziwniejsze wrażenie wywołują swoiste "futerały" na ptaki, służące do przenoszenia żywych gołębi (tzw. hatobukuro), jak i samego sokoła (fuseginu) - jest to kawałek tkaniny, z której powstaje coś w rodzaju "kaftana", w który zawija się ptaka na czas różnych prac pielęgnacyjnych, zakładania pęt itp. czynności. Ciekawym pomysłem jest też sokolnicze "pudełko na lunch" (egoushi). Jest to przypominające kształtem mydelniczkę opakowanie na kawałki mięsa, jakie daje się później sokołowi, pomalowane z zewnątrz na czarno, a w środku na czerwono. Pełni ono zarazem funkcję wabidła, gdyż sokół zapamiętuje wydawany przez to pudełko charakterystyczny dźwięk, a także czerwony kolor wnętrza. Dzięki temu można go przywabić samym pudełkiem, nawet kiedy mięso się skończy...
W dalekowschodnim kontekście wyróżnia się Japonia, gdzie powstała odrębna, może niezbyt dawna, ale za to wyrafinowana tradycja sokolnicza - takagari, zapoczątkowana prawdopodobnie w IV w. n.e. W kronice Nihon Shoki, ważnym zabytku historiografii japońskiej z początku VIII w., zachował się przekaz mówiący o tym, że sokolnictwo zostało wprowadzone do Japonii przez konkretnego człowieka, Sakenokimiego, w konkretnym momencie, a mianowicie za panowania cesarza Nintoku, w 359 n.e. Sakenokimi pochodził z królestwa Baekje w Korei, gdzie sokolnictwo trafiło wcześniej z Chin. Natomiast w Japonii szczególnie rozkwitło w epoce Edo (1603-1868), zwłaszcza za czasów szoguna Tokugawy, który był zapalonym sokolnikiem. Koniec wielkiej epoki świetności sokolnictwa jako techniki łowieckiej nadszedł, podobnie jak w Europie, wraz z wynalezieniem broni palnej, ale sokolnictwo jako sztuka właśnie wtedy rozwinęło całe swoje piękno.
Suzuita - płytki z kości słoniowej lub szylkretu, służące do zamocowania dzwonka do dwóch środkowych piór w ogonie sokoła.Podobnie jak to miało miejsce w kulturze europejskiego średniowiecza, japońskie sokolnictwo było ściśle powiązane ze stanem szlacheckim i wojownikami. Było uprawiane zarówno przez samurajów, jak i szlachtę dworską (kuge). W oparciu o pierwotną tradycję chińsko-koreańską wykształciły się z czasem różne style uprawiania tego sportu (ryu). Począwszy od XIII w. powstały coraz liczniejsze traktaty sokolnicze, początkowo tworzone w dworskim środowisku kuge, a później, od XVI w., także w środowisku samurajów. Ptaki używane w sokolnictwie stały się także częstym tematem malarstwa japońskiego. Z czasem przeniknęły nawet do tańszej, masowej produkcji, jaką stanowiły ukiyo-e, kolorowane drzeworyty, nabywane przez ludzi, którzy nie mieli prawa do uprawiania tego sportu, ale interesowali się nim i ulegali czarowi ptaków drapieżnych.
Z czasem uprawianie sokolnictwa, będącego ważnym symbolem statusu, podlegało coraz ściślejszym regulacjom, przypisującym do poszczególnych stopni hierarchii feudalnej różne gatunki ptaków, na które wolno było polować danym osobom. Z myślą o sokolnikach z klas uprzywilejowanych wydzielono zarezerwowane tereny łowieckie, takaba, natomiast na pozostałych obszarach polowania zakazano. Nie oznacza to bynajmniej, że próbowano w ten sposób ochronić przed niszczeniem pola uprawiane przez człowieka. Przeciwnie, często prawo do polowania było dodatkowym ciężarem przypisanym do pewnych gruntów ornych i wiązało się z określonymi powinnościami dla chłopów zamieszkujących taki teren. Dopiero rewolucja Meiji przyniosła zniesienie tych ograniczeń i dopuściła entuzjastów spoza grupy samurajów do uprawiania sokolnictwa.
Ciekawostką jest to, że w Japonii sokolnictwo jest pojmowane jako sztuka wieloaspektowa, wymagająca połączenia różnych talentów: od sokolnika wymaga się nie tylko wiedzy i umiejętności związanych bezpośrednio z hodowlą, szkoleniem i wykorzystaniem ptaka na polowaniu, ale i biegłości rzemieślniczej, pozwalającej na samodzielne wykonanie wszystkich potrzebnych akcesoriów.
Japońskie wyposażenie sokolnicze różni się w wielu szczegółach od tego, które jest nam znane z europejskiej i śródziemnomorskiej tradycji. Odpowiednik naszego karnala, noszący nazwę zukin nie jest wykonany ze skóry, lecz przypomina luźny woreczek, wyłożony od wewnątrz specjalnym rodzajem papieru. Jeszcze dziwniejsze wrażenie wywołują swoiste "futerały" na ptaki, służące do przenoszenia żywych gołębi (tzw. hatobukuro), jak i samego sokoła (fuseginu) - jest to kawałek tkaniny, z której powstaje coś w rodzaju "kaftana", w który zawija się ptaka na czas różnych prac pielęgnacyjnych, zakładania pęt itp. czynności. Ciekawym pomysłem jest też sokolnicze "pudełko na lunch" (egoushi). Jest to przypominające kształtem mydelniczkę opakowanie na kawałki mięsa, jakie daje się później sokołowi, pomalowane z zewnątrz na czarno, a w środku na czerwono. Pełni ono zarazem funkcję wabidła, gdyż sokół zapamiętuje wydawany przez to pudełko charakterystyczny dźwięk, a także czerwony kolor wnętrza. Dzięki temu można go przywabić samym pudełkiem, nawet kiedy mięso się skończy...
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Sokolnicze słówka
Najdziwniejszym chyba wyrażeniem sokolniczym jest już samo pozdrowienie: "Chwal ćwik". Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest to zniekształcenie i spolszczenie jakiegoś zawołania sokolniczego, które przywędrowało niegdyś z krajów ościennych. Ale z drugiej strony, ćwik to po prostu w pełni ułożony i wytrenowany ptak, więc "chwalenie ćwika" już na wstępie też miałoby sens...
Poza tym, jak w każdej dziedzinie łowiectwa, właściwie wszystko ma precyzyjne nazwy: nie tylko różne gatunki, ale też różne stany ptaka, w zależności od jego wieku, płci, a nawet chwilowej kondycji fizycznej, bo przekłada się ona na zachowanie, a więc i przydatność ptaka do polowania w danym momencie, czyli jego apel.
Fachowe nazwy mają oczywiście wszystkie akcesoria; w dodatku są tu i nazwy miejscowe, i przejęte z języków krajów, gdzie istniała wybitnie rozwinięta tradycja sokolnicza. Na prawie wszystko mamy więc nazwę czysto polską i romańską. Tak więc na przykład linka do wypuszczania sokoła to dłużec albo creance. Na szczęście nazwy romańskie przeszły w dużej mierze do języka angielskiego (pozostaje tylko pytanie, jak je po angielsku wymawiać). Do tego dla pasjonatów i zaawansowanych dochodzi terminologia arabska, a Arabowie oczywiście są znani z tego, że na wszystko mają po kilkadziesiąt synonimów... Wiele terminów pochodzi też z perskiego i tureckiego.
No, a potem oczywiście każdy z etapów treningu i postępowania z sokołem ma stosowne określenie. Najpierw pozyskuje się dziwoka, dziwka lub dziczka, czyli młodego ptaka, który wykluł się na wolności, ale nie przekroczył pierwszego roku życia (bo starszy ptak, czyli hagard, już nie nadaje się właściwie do układania). Następnie trzeba go ukrócić, unosić i ugłaskać, czyli innymi słowy przyzwyczaić do obcowania i współpracy z człowiekiem. Wtedy taki mało jeszcze zaprawiony ptak staje się maiżem, a wreszcie z czasem osiąga status ćwika. Zanim to się stanie, trzeba się jednak sporo napracować, przede wszystkim długo uwabiać i wkarmiać, czyli przyuczać do powrotu na rękawicę na sygnał dawany świstawką, kusząc go przy tym smakowitymi kąskami. Sporo energii pochłania też przebijanie wabidła, czyli zabawa z sokołem polegająca na kręceniu na długiej lince przynętą, którą ptak usiłuje złapać. Rozwija to zarówno siłę fizyczną i zręczność ptaka, jak i refleks sokolnika, bo to z tym kręceniem to wcale nie taka prosta sprawa. Dopiero po całym tym treningu nadchodzi czas na wprowadzenie, czyli na pierwsze polowanie. Potem w pełni wyszkolony ptak może już być noszony w pole, czyli napuszczany - uczestniczy w łowach już bez żadnych ograniczeń. Chyba, że zależał pole, czyli stracił swoją sprawność łowiecką, ponieważ przestaliśmy się nim zajmować...
A co robi sokół? Przeważnie bystrzy, czy też kuka bądź kika, czyli kiwa głową w górę i w dół, co oznacza, że jest czymś bardzo zainteresowany, albo zrywa się, czyli usiłuje odlecieć, chociaż jest trzymany na rękawicy albo uwiązany do palika zwanego berłem. Z jeśli akurat uwiązany nie jest i uda mu się wzbić do lotu, to może sobie trochę pobujać, czyli zawisnąć nieruchomo w powietrzu. A potem pikuje, czyli zwija skrzydła i z dużą prędkością spada na zdobycz lub na wabidło, czyli sporządzoną przez człowieka atrapę zwierzyny łownej. Jeśli mu się uda coś złapać, to dosiada, a następnie nakrywa, ale nie do stołu - tego nawet najlepiej wyszkolony sokół nie potrafi. Nie aportuje też zwierzyny; niestety wręcz przeciwnie, rozkłada skrzydła, usiłując zasłonić swoją ułowkę, czyli zdobycz i nie pokazać jej sokolnikowi. Dlatego trzeba pamiętać, żeby za każdym razem dać mu należną odprawę, czyli jakąś część upolowanego stworzenia, bo inaczej się nie odczepi. Ale to ostatnie to już oczywiście nie jest sokolniczy termin ;)
Poza tym, jak w każdej dziedzinie łowiectwa, właściwie wszystko ma precyzyjne nazwy: nie tylko różne gatunki, ale też różne stany ptaka, w zależności od jego wieku, płci, a nawet chwilowej kondycji fizycznej, bo przekłada się ona na zachowanie, a więc i przydatność ptaka do polowania w danym momencie, czyli jego apel.
Fachowe nazwy mają oczywiście wszystkie akcesoria; w dodatku są tu i nazwy miejscowe, i przejęte z języków krajów, gdzie istniała wybitnie rozwinięta tradycja sokolnicza. Na prawie wszystko mamy więc nazwę czysto polską i romańską. Tak więc na przykład linka do wypuszczania sokoła to dłużec albo creance. Na szczęście nazwy romańskie przeszły w dużej mierze do języka angielskiego (pozostaje tylko pytanie, jak je po angielsku wymawiać). Do tego dla pasjonatów i zaawansowanych dochodzi terminologia arabska, a Arabowie oczywiście są znani z tego, że na wszystko mają po kilkadziesiąt synonimów... Wiele terminów pochodzi też z perskiego i tureckiego.
No, a potem oczywiście każdy z etapów treningu i postępowania z sokołem ma stosowne określenie. Najpierw pozyskuje się dziwoka, dziwka lub dziczka, czyli młodego ptaka, który wykluł się na wolności, ale nie przekroczył pierwszego roku życia (bo starszy ptak, czyli hagard, już nie nadaje się właściwie do układania). Następnie trzeba go ukrócić, unosić i ugłaskać, czyli innymi słowy przyzwyczaić do obcowania i współpracy z człowiekiem. Wtedy taki mało jeszcze zaprawiony ptak staje się maiżem, a wreszcie z czasem osiąga status ćwika. Zanim to się stanie, trzeba się jednak sporo napracować, przede wszystkim długo uwabiać i wkarmiać, czyli przyuczać do powrotu na rękawicę na sygnał dawany świstawką, kusząc go przy tym smakowitymi kąskami. Sporo energii pochłania też przebijanie wabidła, czyli zabawa z sokołem polegająca na kręceniu na długiej lince przynętą, którą ptak usiłuje złapać. Rozwija to zarówno siłę fizyczną i zręczność ptaka, jak i refleks sokolnika, bo to z tym kręceniem to wcale nie taka prosta sprawa. Dopiero po całym tym treningu nadchodzi czas na wprowadzenie, czyli na pierwsze polowanie. Potem w pełni wyszkolony ptak może już być noszony w pole, czyli napuszczany - uczestniczy w łowach już bez żadnych ograniczeń. Chyba, że zależał pole, czyli stracił swoją sprawność łowiecką, ponieważ przestaliśmy się nim zajmować...
A co robi sokół? Przeważnie bystrzy, czy też kuka bądź kika, czyli kiwa głową w górę i w dół, co oznacza, że jest czymś bardzo zainteresowany, albo zrywa się, czyli usiłuje odlecieć, chociaż jest trzymany na rękawicy albo uwiązany do palika zwanego berłem. Z jeśli akurat uwiązany nie jest i uda mu się wzbić do lotu, to może sobie trochę pobujać, czyli zawisnąć nieruchomo w powietrzu. A potem pikuje, czyli zwija skrzydła i z dużą prędkością spada na zdobycz lub na wabidło, czyli sporządzoną przez człowieka atrapę zwierzyny łownej. Jeśli mu się uda coś złapać, to dosiada, a następnie nakrywa, ale nie do stołu - tego nawet najlepiej wyszkolony sokół nie potrafi. Nie aportuje też zwierzyny; niestety wręcz przeciwnie, rozkłada skrzydła, usiłując zasłonić swoją ułowkę, czyli zdobycz i nie pokazać jej sokolnikowi. Dlatego trzeba pamiętać, żeby za każdym razem dać mu należną odprawę, czyli jakąś część upolowanego stworzenia, bo inaczej się nie odczepi. Ale to ostatnie to już oczywiście nie jest sokolniczy termin ;)
niedziela, 11 kwietnia 2010
Św. Bawon, św. Tryfon i inni patroni sokolnictwa
Geertgen tot Sint Jans, zwany Gerritem z Haarlemu, Św. Bawon, obraz z końca XV w. znajdujący się w Ermitażu (Petersburg).Sokolnictwo, jak każdy rodzaj działalności ludzkiej w średniowieczu, miał swojego świętego patrona, czczonego 1 października. Jest nim pustelnik wywodzący się z terenów Niderlandów, św. Bawon (Bavo), żyjący w latach 589-654. Sokół jako atrybut tego świętego prawdopodobnie jest opracowaniem i uaktualnieniem jego legendy w późniejszych czasach, kiedy sokolnictwo zyskało na znaczeniu jako praktyka społeczna i zaczęło definiować grupę postrzegającą własną tożsamość i odczuwającą potrzebę posiadania własnego świętego patrona i symbolicznego opiekuna. Bawon ukazywany jako piękny, szlachetny rycerz z mieczem i sokołem, a więc atrybutami ówczesnej elity, tworzył idealny wizerunek tej grupy społecznej. W rzeczywistości Bawon zapewne wcale nie był sokolnikiem, bo sokolnictwo w późnośredniowiecznym rozumieniu nie było znane na tych terenach w pierwszej połowie VII w. Żywot tego świętego realizuje wzorzec znany z wielu innych przykładów: szlachetnie urodzony młodzieniec prowadzący hulaszcze życie, a potem ojciec rodziny, nawraca się ostatecznie pod wpływem swojej pobożnej córki oraz kazań mnicha Amandusa. Wzorując się na tym ostatnim, wstępuje do zakonu benedyktynów, a później żyje jako pustelnik w wydrążonym pniu drzewa.
Powiązanie postaci św. Bawona z sokołem bierze się stąd, iż został kiedyś niesłusznie oskarżony o kradzież tego ptaka. Kiedy już miał za to zawisnąć na szubienicy, nadleciał zgubiony sokół. Często przedstawiany jest on jako ptak biały, szczególnie cenny (co uzasadniałoby tak surowy wyrok), a jednocześnie pełniący funkcję symbolu niewinności.
Św. Bawon jest czczony przez Kościół katolicki. Natomiast chrześcijaństwo prawosławne ma innego patrona sokolnictwa - jest nim św. Tryfon. Również w tym przypadku jego żywot nie zawiera niczego, co by go łączyło z sokolnictwem - jest to typowy męczennik z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Dopiero wtórnie skojarzono z nim legendę dość zbliżoną do dziejów Bawona - raz jeszcze mamy do czynienia z niesłusznym posądzeniem o kradzież sokoła i znowu cudowne pojawienie się ptaka ratuje niewinnego od wyroku.
Ale i w Europie zachodniej czczeni byli także pomniejsi święci, pretendujący do miana patronów sokolnictwa. Na terenie Niderlandów sokolnictwo i wszystko, co z nim związane było nie tylko rozrywką możnych, ale i źródłem utrzymania dla wielu prostych ludzi, nic więc dziwnego, że czczono różnych patronów z sokołem. Św. Bawonowi poświęcono katedrę w Gent, ale już w Noordwijk w podobnej roli występował św. Hieronim. Własnych, skądinąd raczej mało znanych świętych mieli sokolnicy we Francji. Ich patronem był św. Gengould w Lotaryngii i św. Thibaut w Szampanii; natomiast w Kolonii - św. Aigulfe.
środa, 7 kwietnia 2010
Białe ptaki w sokolnictwie
Pamiętam, że kiedyś w szkole nie mogłam dojść do ładu z informacją, że w polskim godle znajduje się orzeł bielik. Tak pisało w podręczniku... Ale przecież orzeł bielik wcale nie jest biały, nie licząc tych paru piór w ogonie... Jest brązowy, brunatny wręcz! Więc skąd tu nagle orzeł biały?!
Dopiero znacznie później dowiedziałam się, że w średniowieczu szczególnie ceniono wszelkie białe zwierzęta: białe jelenie i daniele, a także biało upierzone ptaki używane w sokolnictwie. Wpisywało się to dobrze w średniowieczną estetykę, gdzie piękne było to wszystko, co jasne, świetliste, lśniące. Poza tym białe zwierzę wyróżniało się spośród innych przedstawicieli swego gatunku, było rzadkie i osobliwe - a więc tym cenniejsze. I dlatego właśnie taki orzeł biały miał szczególną wartość symboliczną, był godzien, żeby go upamiętnić w herbie.
W biologicznym sensie chodzi tu o zjawisko albinizmu, pojawiające się wskutek ujawnienia uśpionego (recesywnego) genu albo mutacji, której rezultatem jest brak melaniny w okrywie ciała (skórze, sierści, piórach itd), a także w tęczówce oka. Obok albinizmu wyróżnia się także leucyzm, niedobór nie tylko melaniny, ale wszystkich pigmentów w skórze, sierści lub piórach. Trudność z uzyskaniem linii hodowlanej takich ptaków polega na tym, że po skrzyżowaniu ze zdrowym osobnikiem gen recesywny nie ujawni się, potomstwo będzie ubarwione normalnie. Chyba, że ten drugi ptak będzie miał ukryte geny recesywne... Jest to więc loteria, ale o bardzo małej szansie wygranej.
Przypisywanie szczególnej wartości zwierzętom albinotycznym lub leucystycznym wynika właściwie tylko z kaprysu człowieka i z uwarunkowań jego kultury. Na dobrą sprawę biała sierść lub upierzenie powinny być traktowane jako wada i przeciwwskazanie do hodowli. Silnie zmniejszają też szanse przeżycia organizmu w warunkach naturalnych. Takie osobniki są zwykle bardziej skłonne do chorób i bardziej wrażliwe na niekorzystne warunki, przed którymi są w mniejszym stopniu zabezpieczone, a przy tym albinosy mogą mieć kłopoty ze wzrokiem, co oczywiście u sokoła wydaje się niemalże dyskwalifikującą przypadłością. No ale cóż, człowiek ma to do siebie, że czasami ceni najwyżej właśnie to, co rzadkie, niezwykłe i kruche... Biały ptak najprawdopodobniej będzie znacznie mniej nadawał się do polowania niż jego normalnie ubarwieni pobratymcy, ale za to może pełnić nieporównywalnie większą rolę w budowaniu prestiżu jego właściciela.
I właśnie dlatego ten oto osobnik uwieczniony na Youtube należy do najdroższych sokołów na świecie (sprzedany podobno za ponad 300 tys. dolarów), mimo iż toczą się dyskusje, czy właściwie jest to ptak albinotyczny, czy leucystyczny. O ile niczego nie pomyliłam w chaosie debat na forach sokolniczych, jest to saker, samica nie pochodząca z hodowli (czyli tzw. hurra), odłowiona w Mongolii w 2006. Jej oczy, czego nie widać na filmie, w lepszym świetle wydają się szaroniebieskie.
Dopiero znacznie później dowiedziałam się, że w średniowieczu szczególnie ceniono wszelkie białe zwierzęta: białe jelenie i daniele, a także biało upierzone ptaki używane w sokolnictwie. Wpisywało się to dobrze w średniowieczną estetykę, gdzie piękne było to wszystko, co jasne, świetliste, lśniące. Poza tym białe zwierzę wyróżniało się spośród innych przedstawicieli swego gatunku, było rzadkie i osobliwe - a więc tym cenniejsze. I dlatego właśnie taki orzeł biały miał szczególną wartość symboliczną, był godzien, żeby go upamiętnić w herbie.
W biologicznym sensie chodzi tu o zjawisko albinizmu, pojawiające się wskutek ujawnienia uśpionego (recesywnego) genu albo mutacji, której rezultatem jest brak melaniny w okrywie ciała (skórze, sierści, piórach itd), a także w tęczówce oka. Obok albinizmu wyróżnia się także leucyzm, niedobór nie tylko melaniny, ale wszystkich pigmentów w skórze, sierści lub piórach. Trudność z uzyskaniem linii hodowlanej takich ptaków polega na tym, że po skrzyżowaniu ze zdrowym osobnikiem gen recesywny nie ujawni się, potomstwo będzie ubarwione normalnie. Chyba, że ten drugi ptak będzie miał ukryte geny recesywne... Jest to więc loteria, ale o bardzo małej szansie wygranej.
Przypisywanie szczególnej wartości zwierzętom albinotycznym lub leucystycznym wynika właściwie tylko z kaprysu człowieka i z uwarunkowań jego kultury. Na dobrą sprawę biała sierść lub upierzenie powinny być traktowane jako wada i przeciwwskazanie do hodowli. Silnie zmniejszają też szanse przeżycia organizmu w warunkach naturalnych. Takie osobniki są zwykle bardziej skłonne do chorób i bardziej wrażliwe na niekorzystne warunki, przed którymi są w mniejszym stopniu zabezpieczone, a przy tym albinosy mogą mieć kłopoty ze wzrokiem, co oczywiście u sokoła wydaje się niemalże dyskwalifikującą przypadłością. No ale cóż, człowiek ma to do siebie, że czasami ceni najwyżej właśnie to, co rzadkie, niezwykłe i kruche... Biały ptak najprawdopodobniej będzie znacznie mniej nadawał się do polowania niż jego normalnie ubarwieni pobratymcy, ale za to może pełnić nieporównywalnie większą rolę w budowaniu prestiżu jego właściciela.
I właśnie dlatego ten oto osobnik uwieczniony na Youtube należy do najdroższych sokołów na świecie (sprzedany podobno za ponad 300 tys. dolarów), mimo iż toczą się dyskusje, czy właściwie jest to ptak albinotyczny, czy leucystyczny. O ile niczego nie pomyliłam w chaosie debat na forach sokolniczych, jest to saker, samica nie pochodząca z hodowli (czyli tzw. hurra), odłowiona w Mongolii w 2006. Jej oczy, czego nie widać na filmie, w lepszym świetle wydają się szaroniebieskie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



