I jeszcze jedno ciekawe znalezisko wykopane na Facebooku. Jest to, jak zresztą widać, tablica rodowodowa koni czystej krwi arabskiej. Skąd to dokładnie wzięte - szczerze mówiąc nie wiem. Ale sprawa jest bez wątpienia ciekawa.
Prawdopodobnie jest to kawałek słynnego "Indeksu Raswana", zawierającego pochodzące bezpośrednio z pustyni linie czystej krwi arabskiej. Ten Carl R(einhard) Raswan (1893-1966) widniejący w nagłówku był znawcą konia najczystszej krwi (asil) i autorem wielu książek na ten temat. Jego nazwisko brzmiało właściwie Schmidt, dopiero później zmienił je na muzułmańskie Raswan.
Ciekawa jest anegdota mówiąca o tym, w jaki sposób ten Niemiec zainteresował się w ogóle koniem arabskim. Otóż podobno jako chłopiec podpatrzył księcia Saksonii Ernsta Heinricha na takim właśnie koniu, a właściwie samego konia, który, jak się wydawało, rozpoznawał swoje odbicie w wodzie i bawił się nim, co świadczyłoby o niezwykłej jak na zwierzaka inteligencji czy wręcz świadomości...
Końska mania Schmidta/Raswana obejmowała zresztą początkowo nie tylko araby. Fascynował się koniem przedstawionym w sztuce antycznej i szukał najdawniejszych świadectw dotyczących tego zwierzęcia i dziejów jego hodowli w starożytności. Ale po przeczytaniu relacji Ann Blunt o jej podróży w głąb Nadżdu zafiksował sobie szczególnie właśnie konie pustynne oraz wszystko co się z pustynią wiązało. Stał się ogólnie gorącym wielbicielem wszystkiego, co beduińskie, a więc tym samym moim prekursorem, a współczesnym mniej więcej Lawrence'a z Arabii. Podobnie jak on, opanował język arabski i osiedlił się początkowo w Aleksandrii jako przedstawiciel handlowy. To mu jednak nie wystarczało i zaczął nawiązywać coraz bliższe stosunki z szejkami koczującymi w okolicy. Od jednego z nich dostał później w prezencie swojego wyśnionego konia - ogiera Ghazala, unieśmiertelnionego w książce o koniach "pijących wiatr" (Trinker der Lüfte). Miał więc okazję zapoznać się z całą złożonością beduińskiego życia oraz z tajnikami hodowli beduińskiego konia.
Po przerwie spowodowanej I wojną światową, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie nawiązał kontakty ze środowiskiem hodowców konia arabskiego. Z misją od Kellogga powrócił do Europy, by kupować konie z Crabbet. Zapewne ze względu na te powiązania jeden z najlepszych potomków ogiera Skowronka nosił właśnie imię Raswan.
Carl Raswan powrócił między beduiństwo w 1926, odświeżając wcześniej zawarte braterstwo i pisząc książkę "Czarne namioty Arabii". Jego podróże po Arabii w latach 1930-31 miały też polski akcent w osobie Bohdana Ziętarskiego ze stadniny w Gumniskach, pracującego dla księcia Romana Sanguszki. To wtedy właśnie został sprowadzony m.in. ogier Kuhailan Haifi znany z historii stadniny w Janowie.
W tamtych latach na Półwyspie Arabskim Raswan był świadkiem zmierzchu konia bojowego, który nie wytrzymywał konkurencji z samochodem czy ciężką bronią palną, a więc stawał się bezużyteczny. Być może właśnie Raswan był jedną z postaci odpowiedzialnych za swoisty exodus tych koni z Arabii do Ameryki.
Wreszcie na stare lata, w 1955, podjął się sporządzenia tegoż właśnie indeksu Raswana, mającego objąć wszystkie linie rodowodowe koni sprowadzonych z Arabii do Europy i Ameryki w ciągu ostatnich 100 lat. Ta monumentalna praca zajęła mu czas aż do śmierci, a jej efekty zostały wydane przez żonę, mającą w tym zresztą znaczny udział.
Jak widać na zdjęciu, Raswan przejął wiele elementów beduińskiego stylu życia. Choć szczycił się faktem, że nigdy nie nawrócił się na islam, został przyjęty do plemienia i do końca życia miał niezwykle wysokie mniemanie o wartościach wyznawanych przez Arabów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koń arabski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koń arabski. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 stycznia 2011
niedziela, 12 grudnia 2010
PRL-owskie książki o koniach arabskich
Obecnie na rynku księgarskim królują oczywiście, zarówno jeśli chodzi o konie, jak i o wszelkie inne tematy, tłumaczenia książek zagranicznych, mimo iż po roku 2000 ukazało się co najmniej kilkanaście rozmaitych publikacji dotyczących polskich arabów (dobre zestawienie tych książek można znaleźć TUTAJ). Podkusiło mnie jednak ostatnio, żeby sięgnąć po te wydawane w latach 70-tych i 80-tych. Ukazały się w tamtych czasach dwie luksusowe wtedy książki Witolda Pruskiego (twarda okładka!), poświęcone ściślej historii hodowli konia arabskiego w Polsce, czy słynne przed laty Konie rubinowe Ireneusza Kamińskiego (Lublin 1982).
Dzisiaj te publikacje nie wydają się bynajmniej atrakcyjne. Któż by chciał wziąć do ręki książkę z czarnobiałymi, zamazanymi ilustracjami, nawet jeśli wiele z nich ma wartość dokumentalną w dziejach stadniny w Janowie czy wyścigów na Służewcu, skupiających towarzyską śmietankę okresu gierkowskiego i odzwierciedlających zarówno jej tęsknoty za "ułańską fantazją", jak i rodzące się nieśmiało aspiracje ówczesnych "światowców". U Kamińskiego jest już kilka zdjęć kolorowych, a nawet rozdział poświęcony plenerom malarskim i fotograficznym w Janowie, ale jakże tu daleko do przepychu obecnej sztuki zarówno fotograficznej, jak i drukarskiej. Tym bardziej, że trudności techniczne nie usprawiedliwiają ciężkiego stylu tych publikacji, przeładowanych danymi, jak u Pruskiego, które częściej odnoszą się do biografii osób związanych z końmi, niż do samych zwierząt. Sprawia to trochę wrażenie, że te książki miały kiedyś do spełnienia jakąś służebną funkcję wobec zwykłego snobizmu koniarskiego środowiska grawitującego wokół "eksportowej" stadniny w Janowie.
Cóż to zresztą był za eksport i cóż za "światowy" styl! W książce Kamińskiego jest bez wątpienia wiele rzetelnej wiedzy faktograficznej, ale ta wiedza kończy się na tym, co bezpośrednio związane ze sprawami polskimi. Właścicielka ogiera Skowronka oraz stajni Crabbet (tu pisanej Grabbet), legendarna Ann Blunt, występuje na przykład w tej książce jako "pewna angielska dama". Tekst, czytany dzisiaj, momentami wzbudza wręcz salwy śmiechu. Powstał w czasach, kiedy regularne aukcje w Janowie były dopiero świeżą nowością, przełamującą gęste opary prowincjonalizmu. Nic więc dziwnego, że Kamiński pisze, tytułem ciekawostki: "W Stanach Zjednoczonych każda większa aukcja to prawdziwy show, odbywający się w wielkiej hali lub pod namiotem, gdzie rżnie orkiestra (albo dwie), a rozsadzeni hierarchicznie goście otrzymują w ramach poczęstunku cocktaile, kraby, krewetki i tym podobne świństwa - na koszt organizatorów". W Janowie tymczasem, mającym nadal status PGR-u, "jak panienka w stroju ludowym fula naleje gościowi, to i dobrze" - surowo i zgrzebnie rozpisuje się autor. Pewnie tak było...
Wiele u Kamińskiego bombastycznego, pretensjonalnego stylu, okraszonego w częściach wstępnych wzmiankami o Proroku, mającymi zapewne nadać całości również wówczas modnego, orientalnego smaczku. Ta chaotyczna książka pełna jest wypisów z przypadkowych źródeł i pozbawionych jakiegokolwiek uzasadnienia przeskoków chronologicznych. Dopiero gdzieś około połowy zaczyna się spokojniej, rzetelniej napisana historia stadniny w Janowie. Ale i tutaj brak syntetycznego ujęcia jasno wyznaczającego kierunki przemian, stawiane w poszczególnych okresach zadania hodowli, dzieje myśli o koniu arabskim. Tego rodzaju kwestie czytelnik musi sobie konstruować na własny użytek, czytając między wierszami wypełnionymi natłokiem szczegółowych danych. Ciekawostką z okresu rozbiorów mogą być na przykład dążenia do wyhodowania konia w wersji XXXL, jaki mógł znaleźć uznanie na dworze carskim. Wiele jednakże z tych szczegółów autentycznie mnie zainteresowało i skłoniło do dalszych poszukiwań, jak na przykład wzmianka o ponowionej niemalże na wzór Rzewuskiego wyprawie po konie do Arabii, przypadającej na czas umacniania się monarchii Saudów, ale i polskich stosunków z nowym państwem, ukoronowanych mniej więcej w tym samym okresie wizytą saudyjskiego księcia w Warszawie. Co prawda rezultatem był zakup tylko pięciu koni, ale cóż, może były tego warte...
piątek, 20 sierpnia 2010
Końska biżuteria

Koń arabski może kosztować nawet kilka milionów dolarów. Ale to jeszcze nie koniec wydatków. Prawdziwym luksusem jest dopiero posiadanie konia z rzędem, bo końską biżuterię nadal wykonuje się ze srebra, złota i platyny, rubinów, szmaragdów, a nawet diamentów (tych takich z węgla).
Tradycyjny komplet składa się zazwyczaj z ogłowia i bogatego napierśnika dekorowanego złotymi lub srebrnymi blaszkami, w którym umieszcza się kaboszony z kamieni szlachetnych i półszlachetnych, często onyksów, turkusów i lapis lazuli.
Arabska tradycja wysadzanych kamieniami rzędów końskich jest bardzo stara. Myślę, że wywodzi się jeszcze z czasów przedmuzułmańskich i wynika z pragnienia zabezpieczenia cennego zwierzęcia za pomocą różnego rodzaju talizmanów, chroniących nie tylko przed zawistnym spojrzeniem, ale i przed wszelkimi innymi rodzajami oddziaływania za pomocą złośliwych czarów. W tym celu zaczęto wieszać na szyi konia rozmaite elementy powiązane z bogatą dziedziną staroarabskiej magii, a więc prawdopodobnie oprócz kamieni mogły to być kości i inne szczątki organiczne. Ale to właśnie Arabowie po raz pierwszy przypisali też "pozytywne" właściwości magiczne konkretnym rodzajom kamieni. Nie chodziło tu już o użycie danego kamienia jako talizmanu odwracającego zły urok, ale o wierzenia traktujące poszczególne minerały jako swoistą kwintesencję pewnych sił. Wierzono, że pod warunkiem istnienia fizycznego kontaktu, te siły mogą "przechodzić" z kamienia na żywe ciało, z jakim się stykają. Zaczęto więc umieszczać je w końskiej uprzęży, aby w ten sposób "rozciągnąć" na zwierzę przymioty zaklęte w klejnotach. Koń w ten sposób nie tylko wyglądał ładniej, ale stawał się także szybszy czy wytrzymalszy, a więc obwieszanie go kamieniami miało swoiście rozumiany sens praktyczny. Zastanawiam się także, czy często spotykany w arabskich ogłowiach kształt wydłużonych blaszek, przypominający zęby, nie jest wprost pozostałością magicznych korzeni tej dziedziny rzemiosła - może w przeszłości wieszano na końskiej uprzęży prawdziwe zęby zabitych drapieżników, aby dzięki odpowiednim działaniom magicznym uchronić przed nimi konie?
Oczywiście w beduińskiej tradycji istniały też rzędy równie bogato zdobione, choć skromniejsze pod względem zastosowanych materiałów, a więc wykonane głównie z przędzy i ozdobione chwostami i pomponami, często o barwie niosącej takie czy inne treści symboliczne. Stosowano w nich też rozmaite inne elementy dekoracyjne, na przykład muszelki morskie.
Również w dzisiejszych czasach istnieje niszowy rynek luksusowej uprzęży końskiej, zakładanej głównie z okazji międzynarodowych pokazów, gdzie konie występują odpowiednio "ubrane", co najmniej w piękne ogłowie, często także napierśnik (tu materiały bywają różne, spotyka się na przykład wieńce z kwiatów). Są też specjalne derki, również bogato dekorowane. Klacz arabka dopiero w czymś takim wygląda naprawdę olśniewająco. Galerię takiej uprzęży można sobie oglądnąć np. na stronie Giny Dupree Arabian Fancy. A oto za uprzejmością Giny kilka zbliżeń specjalnie dla nas:

niedziela, 23 maja 2010
Idealny koń
Konia arabskiego należy chyba zaliczyć do największych osiągnięć w dziejach Arabów. Nie jest to wyłącznie sukces hodowlany, ale też coś, co przejawia się na różnych poziomach kultury. Myślenie i mówienie o najbardziej pożądanych cechach konia było m.in. jednym z ulubionych tematów poetyckich Arabów od najdawniejszych czasów. Ta tradycja sięga epoki przedmuzułmańskiej. Słynnym piewcą konia arabskiego był już tworzący w pierwszej połowie VI w. n.e. Imru al-Kajs. Był on niespokojnym księciem z plemienia Kinda, rozmiłowanym w rozpuście, polowaniach, a także koniach, których mocne ciała opisuje w swojej poezji na przemian z zachwytami nad swoimi kolejnymi kochankami. Możemy tu wyczytać najwcześniejszy ideał konia, w którym równie ważny był wygląd, jak i sposób poruszania się zarówno w stępie, kłusie jak i w galopie:
Porusza się powoli, jakby płynął w wodzie,
wzbija tumany kurzu z ubitego traktu.
Ze swego grzbietu zrzucał lekkich jeźdźców,
a ciężkim i gwałtownym zrywał szaty z ciała.
W biegu był prędki jak zabawka chłopców,
która wiruje na nitce wokół ręki dziecka.
Jego bok przypominał kształt ciała gazeli,
a lekkie nogi bieg szybkiego strusia.
Kroki stawiał jak wilki, biegał jak lis młody.
Ważny jest jednak zarówno wygląd, jak i zachowanie. Już wówczas ceniono bowiem konia nie tylko pięknego, ale też przede wszystkim lojalnego, nauczonego, by pozostawał zawsze blisko swojego pana, co z pewnością na pustyni mogło wiele razy uratować człowiekowi życie. Dlatego też Imru al-Kajs chwali się:
Stał aż do świtu z uzdą i siodłem na grzbiecie;
noc całą spędził stojąc tuż koło mnie.
Nawet na chwilę nie popasał luzem.
Pewnie nie chodzi tu wcale o to, że Imru, znużony winem i rozpustą, zapomniał rozsiodłać na noc ulubionego wierzchowca; koń pozostawiony pod siodłem ma duże znaczenie, bo właśnie nocą Beduini z wrogich plemion napadają na obozowiska. Kto więc ma konia blisko siebie, ten się nie da zaskoczyć.
Ponadto, jeśli wierzyć poecie, ten koń jest tak szybki, że potrafi biec na równi ze stadem gazeli, i w dodatku nawet się przy tym nie spoci:
Kiedyś spotkaliśmy stado antylop,
wśród których było kilka pełnych wdzięku samic
podobnych do niewinnych panienek z Dawaru
w długich, powiewnych jedwabnych sukienkach.
Uciekając przed nami pędem ruszyły przed siebie
podobne do paciorków rozdzielonych perłą
na szyi dorodnego smukłego młodzieńca,
który w plemieniu ma szacownych stryjów.
Koń bez trudu dogonił przewodniczki stada;
ostatnie antylopy pozostały w tyle,
lecz jeszcze próbowały nadrobić spóźnienie.
Między bykiem a krową pędził bez wysiłku
mój koń o czystych bokach, nie pokrytych pianą.
(przeł. A. Witkowska i J. Danecki)
Rżenie tego konia przypomina wrzenie kociołka na ogniu, a linia jego grzbietu gnie się niczym moździerz do wonnych pachnideł. Ten grzbiet jest tak gładki, że siodło spada z niego jak po śliskiej skale. Dowiadujemy się ponadto, że sierść na tym idealnym koniu jest krótka i maści kasztanowatej. Wreszcie sam rumak umie się cenić i dumnie potrząsa głową, wzbudzając podziw u każdego, kto go zobaczy.
Porusza się powoli, jakby płynął w wodzie,
wzbija tumany kurzu z ubitego traktu.
Ze swego grzbietu zrzucał lekkich jeźdźców,
a ciężkim i gwałtownym zrywał szaty z ciała.
W biegu był prędki jak zabawka chłopców,
która wiruje na nitce wokół ręki dziecka.
Jego bok przypominał kształt ciała gazeli,
a lekkie nogi bieg szybkiego strusia.
Kroki stawiał jak wilki, biegał jak lis młody.
Ważny jest jednak zarówno wygląd, jak i zachowanie. Już wówczas ceniono bowiem konia nie tylko pięknego, ale też przede wszystkim lojalnego, nauczonego, by pozostawał zawsze blisko swojego pana, co z pewnością na pustyni mogło wiele razy uratować człowiekowi życie. Dlatego też Imru al-Kajs chwali się:
Stał aż do świtu z uzdą i siodłem na grzbiecie;
noc całą spędził stojąc tuż koło mnie.
Nawet na chwilę nie popasał luzem.
Pewnie nie chodzi tu wcale o to, że Imru, znużony winem i rozpustą, zapomniał rozsiodłać na noc ulubionego wierzchowca; koń pozostawiony pod siodłem ma duże znaczenie, bo właśnie nocą Beduini z wrogich plemion napadają na obozowiska. Kto więc ma konia blisko siebie, ten się nie da zaskoczyć.
Ponadto, jeśli wierzyć poecie, ten koń jest tak szybki, że potrafi biec na równi ze stadem gazeli, i w dodatku nawet się przy tym nie spoci:
Kiedyś spotkaliśmy stado antylop,
wśród których było kilka pełnych wdzięku samic
podobnych do niewinnych panienek z Dawaru
w długich, powiewnych jedwabnych sukienkach.
Uciekając przed nami pędem ruszyły przed siebie
podobne do paciorków rozdzielonych perłą
na szyi dorodnego smukłego młodzieńca,
który w plemieniu ma szacownych stryjów.
Koń bez trudu dogonił przewodniczki stada;
ostatnie antylopy pozostały w tyle,
lecz jeszcze próbowały nadrobić spóźnienie.
Między bykiem a krową pędził bez wysiłku
mój koń o czystych bokach, nie pokrytych pianą.
(przeł. A. Witkowska i J. Danecki)
Rżenie tego konia przypomina wrzenie kociołka na ogniu, a linia jego grzbietu gnie się niczym moździerz do wonnych pachnideł. Ten grzbiet jest tak gładki, że siodło spada z niego jak po śliskiej skale. Dowiadujemy się ponadto, że sierść na tym idealnym koniu jest krótka i maści kasztanowatej. Wreszcie sam rumak umie się cenić i dumnie potrząsa głową, wzbudzając podziw u każdego, kto go zobaczy.
piątek, 21 maja 2010
Książę Brzydal i jego klacze

Ajman Stud należy raczej do nowości w świecie konia arabskiego, bo ta stajnia, położona w jednym z mniej znanych spośród siedmiu Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Adżmanie, została założona zaledwie kilka lat temu, w 2002 roku. Jednak już w 2005 konie z Adżmanu zaczęły święcić triumfy na międzynarodowym pokazie w Aachen. Fundator tej stadniny, szejk Ammar ibn Humaid al-Nuaimi, uważany powszechnie za następcę na adżmańskim stolcu (chociaż u Arabów to nigdy tak do końca nie wiadomo), jest jednocześnie moim osobistym ulubieńcem ze względu na wyróżniającą go, wprost rozbrajającą brzydotę. Na zdjęciu po lewej, z naszą polską sławą z Janowa, Kwesturą, wyszedł korzystniej niż w rzeczywistości, jednak uważam go za bardzo poważnego kandydata do tytułu Najszpetniejszego Następcy Tronu na Świecie. Jego pasją są szczególnie białe klacze, może dlatego, że on sam taki śniady... Dość jednak tych złośliwości.
Zabudowania Ajman Stud, położone wśród wydm 30 km od miasta Ajman, są utrzymane w tradycyjnym, arabskim stylu i mają przypominać dawną fortecę. Nawet ściany są wymurowane trochę krzywo, żeby sprawić wrażenie czegoś starego i autentycznego w tym kraju bez zabytków, gdzie wszelkie zabudowania wznoszono kiedyś od nowa po każdym ulewnym deszczu, który nawet na pustyni raz na jakiś czas się zdarza. Organizuje się tam co roku w styczniu wielki show, łączący konie, urodziwe amazonki, pokazy pirotechniczne, sokolnictwo i wiele innych atrakcji-niespodzianek, jak na przykład pokazy szybowcowe.
Konie adżmańskie, podobnie jak "zabytkowa" stadnina, są czymś na kształt rekonstrukcji. Trudno byłoby nazwać je asil w tym najściślejszym sensie, bo zrąb hodowli pochodzi z kalifornijskiej stadniny Om El Arab, ale w dzisiejszym zglobalizowanym świecie trudno już o rzeczy naprawdę autentyczne (stąd mój podziw jako prawdziwej znawczyni dla samego szejka, który w całej tej historii jest niewątpliwie najbardziej asil). Widoczny jest jednak nacisk, jaki kładzie się na odbudowę najbardziej "arabskiego", pustynnego typu konia. To właśnie stanowi klucz doboru klaczy sprowadzanych z całego świata, i zarazem źródło pasma sukcesów koni należących do Ammara al-Nuaimiego na wielkich pokazach międzynarodowych w ostatnich latach. W typowy dla ponowoczesności sposób, ta "odbudowa" jest jednak tak naprawdę po prostu budową. Tylu i tak doskonałych koni Arabowie z pewnością nigdy przedtem nie trzymali, i na pewno nie w tym rejonie Półwyspu Arabskiego. Istniała jedynie tradycja pewnego snu czy marzenia o koniu, które dopiero w naszych czasach mogło być zrealizowane. Dopiero współczesne pieniądze, ale także możliwości techniczne, od weterynarii po transport, pozwoliły myśleć o urzeczywistnieniu abstrakcyjnego ideału konia arabskiego. I o to mniej więcej właśnie chodzi w Adżmanie.
środa, 12 maja 2010
Konie z Jemenu
Nieliczne i ubogie, z pewnością nie tak sławne jak konie z Emiratów czy Qataru, araby jemeńskie są jednak, jak sądzę, znacznie bliższe pojęciu asil niż jakakolwiek inna hodowla na świecie. Właśnie dlatego, że kraj jest biedny i nie do pomyślenia byłyby tu wielomilionowe wydatki na zakupy na aukcjach w Kentucky, w stylu szejka al-Maktouma. W Jemenie zachowała się najczystsza arabska tradycja konia, mająca z pewnością szorstki posmak Trzeciego Świata, ale i nieporównywalny z niczym autentyzm. Jemen jest także jedynym miejscem, gdzie furusijja może być jeszcze uznawana za żywą tradycję. Gdzie indziej wyparły ją tak naprawdę sporty konne, takie jak rajd długodystansowy (gdzie czasem jeszcze można widywać w akcji właścicieli), albo po prostu wyścigi, w których konie są powierzane zawodowym dżokejom. Na farysa w bogatych krajach arabskich nikt już nawet nie pozuje.
Tymczasem dziedzictwo, jakie jest kontynuowane w Jemenie to nie sama tylko hodowla, ale też swoista szkoła ujeżdżenia. Tutaj to bycie farysem jest czymś więcej niż sportem. Tradycyjne zawody, wymagające zręczności pozwalającej na przykład na trafienie w pełnym galopie do małego kółka, są traktowane jak poważna sprawa. Jemeński jeździec potrafi stać na grzbiecie galopującego konia albo podnieść z ziemi niewielki przedmiot, również w pełnym galopie.
Dawniej to wszystko stanowiło oczywiście element zaprawy wojskowej; dziś właściwie trochę zawisło w powietrzu. Pełni jeszcze resztki swojej dawnej kulturowej roli, ale perspektywy na przyszłość rysują się mgliście. Mimo to myślę, że koń jemeński pewnego dnia stanie się przedmiotem pożądania, jakie w ponowoczesnym świecie dosięga w końcu każdą ostoję autentyczności. Zostanie wtedy rozreklamowany i skomercjalizowany. Zastanawiam się tylko, czy aby na pewno tego właśnie należy sobie życzyć...
Tymczasem dziedzictwo, jakie jest kontynuowane w Jemenie to nie sama tylko hodowla, ale też swoista szkoła ujeżdżenia. Tutaj to bycie farysem jest czymś więcej niż sportem. Tradycyjne zawody, wymagające zręczności pozwalającej na przykład na trafienie w pełnym galopie do małego kółka, są traktowane jak poważna sprawa. Jemeński jeździec potrafi stać na grzbiecie galopującego konia albo podnieść z ziemi niewielki przedmiot, również w pełnym galopie.
Dawniej to wszystko stanowiło oczywiście element zaprawy wojskowej; dziś właściwie trochę zawisło w powietrzu. Pełni jeszcze resztki swojej dawnej kulturowej roli, ale perspektywy na przyszłość rysują się mgliście. Mimo to myślę, że koń jemeński pewnego dnia stanie się przedmiotem pożądania, jakie w ponowoczesnym świecie dosięga w końcu każdą ostoję autentyczności. Zostanie wtedy rozreklamowany i skomercjalizowany. Zastanawiam się tylko, czy aby na pewno tego właśnie należy sobie życzyć...
sobota, 10 kwietnia 2010
Z historii polskich arabów - wyprawy po konie
Z racji samego swojego położenia na mapie Europy, Polska od wielu wieków miała bliski kontakt ze światem wschodnim. Dlatego też stykała się szeroko, np. za pośrednictwem Tatarów, zarówno ze wszelkimi azjatyckimi rasami koni, jak i tradycjami jeździeckimi, jakie rozwinęły się w kulturach wielkich stepów. Dlatego też, jak wiadomo z Sienkiewicza, Polacy jeździli "rysią" zanim poznali zachodnie techniki w rodzaju anglezowania... Ale to temat na osobnego posta.
Dość wcześnie, bo w XVI-XVII wieku, Polacy zetknęli się także, za pośrednictwem Turków, z koniem czystej krwi arabskiej. I już z XVI wieku pochodzą pierwsze wzmianki o hodowli tego konia w Knyszynie na Białostocczyźnie. Jednak w tamtych czasach koń arabski mógł być tylko cenionym okazem, zdobytym na wrogu; nie było mowy o sprowadzaniu większej liczby zwierząt. Na dobrą sprawę dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1778 Franciszek Ksawery Branicki założył w Szamrajówce / Białej Cerkwi stadninę, w której zaczęto prowadzić świadomą, ukierunkowaną hodowlę konia arabskiego, sprowadzanego ze Wschodu. Braniccy osiągnęli tak znakomity poziom, że w 1864 nawet sam sułtan turecki zakupił od nich setkę koni do nowo założonej stadniny pod Stambułem.
W XIX wieku, m.in. dzięki zmianom w dziedzinie środków transportu, Europejczycy, w tym również Polacy mogli znacząco wzbogacić się w konie arabskie, kupowane już nie przez tureckich pośredników ze Stambułu czy Odessy, ale bezpośrednio "u źródła". Zaczęto organizować specjalne ekspedycje na Wschód mające na celu pozyskanie koni. Często te wyprawy były owiane legendą, jak w przypadku podróży koniuszego Kajetana Burskiego związanego z rodziną Sanguszków czy przede wszystkim Wacława Rzewuskiego, który osobiście zadbał o stworzenie mitycznego nimbu wokół własnej postaci.
Legenda Rzewuskiego (1785-1831?) wplotła się w historię polskiego romantyzmu tak silnie, że dziś już właściwie nie sposób pamiętać o tym, że prawie wszystko w niej było - według wszelkiego prawdopodobieństwa - zmyśleniem. Rzewuski zapewne wcale nie był emirem "wszystkich Arabów", ani nawet samej tylko konfederacji Anizów. Wątpliwa jest także jego miłosna relacja z ową ekscentryczną angielską damą, zamieszkującą opustoszały klasztor maronicki, która w swoich pamiętnikach zaledwie raz wspomina o spotkaniu z Polakiem. Nic pewnie nie znaczą (chyba, że dla samego ich twórcy) tajemne znaki, słowa i symbole, jakie umieścił na rysunkach ilustrujących jego pisany po francusku pamiętnik-traktat Sur les chevaux orientaux et provenants des races orientales. Cała wyprawa w głąb Arabii po konie, jaką odbył w 1817, rozgrywała się gdzieś na pograniczu rzeczywistości i snu, fantazji, może mitomanii. Zapewne zastał kraj w ruinie, wyniszczony przez egipską ekspedycję pod wodzą Ibrahima Paszy, wymierzoną przeciwko wahhabitom. Jednak pozostawione przez niego świadectwo właściwie o tym nie mówi, a Arabia nadal sprawia wrażenie na wpół fantastycznej krainy leżącej poza czasem i poza historią.
Rysunki Rzewuskiego wykonane podczas wyprawy do Arabii. Wybrane ilustracje z rękopisu, znajdującego się w Bibliotece Narodowej w Warszawie, zostały wydane w 2004 w postaci albumu opracowanego przez Tadeusza Majdę, Podróż do Arabii : o koniach kohejlanach, beduinach i przygodach w Arabii (na podstawie rękopisu Wacława Seweryna Rzewuskiego Sur les chevaux orientaux et provenants des races orientales) .
Bez wątpienia Rzewuski szukał w Arabii nie tylko koni, ale i przestrzeni dla swojego fantazjowania, dla ucieczki od historycznych dramatów i od niezadowalającej teraźniejszości. Tym niemniej proste, niemal naiwne rysunki z rękopisu znajdującego się obecnie w Bibliotece Narodowej mają swoistą aurę autentyzmu. To, co wydaje się na nich nieprawdopodobne miesza się ze zmysłem obserwacji i wnikliwością filologa odnotowującego arabskie nazwy najdrobniejszych szczegółów końskiej anatomii.
Postacią Rzewuskiego zajmowano się już wielokrotnie, i wielokrotnie też apelowano o pogłębienie badań nad pozostawionym przez niego świadectwem. Prawie czterdzieści lat temu, Jan Reychman poświęcił mu rozdział swojej pracy Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX wieku (Warszawa 1972), formułując cały szereg pytań i wątpliwości. Choć generalnie wierzył w "autentyczność" przekazanych przez Rzewuskiego danych dotyczących folkloru czy takich kwestii, jak rozmieszczenie i struktura plemion, dziwiło go, iż Polak, pozostawiwszy mapę z trasami swojej rzekomej marszruty po wnętrzu Półwyspu Arabskiego, nie wdawał się w zbyt szczegółowe opisy terenów Nadżdu i Dżabal Szammar. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że w wielu wypadkach mógł być pierwszym Europejczykiem odwiedzającym te słabo wówczas poznane rejony? Reychman miał całą serię pomysłów badawczych dotyczących Rzewuskiego; trudno mi powiedzieć, czy i na ile zostały one do tej pory zrealizowane. Frapuje mnie choćby myśl o sprawdzeniu autentyczności całej tej leksykalnej skarbnicy dotyczącej konia, jaką zebrał polski "emir". Wiadomo, że w Wiedniu uczył się arabskiego, ale badacz zwraca uwagę nie tylko na naiwność podejmowanych przez niego prób snucia dociekań etymologicznych, lecz także na na fakt, że pismo odręczne Rzewuskiego wydaje się niewyrobione, co może zdradzać dyletantyzm i brak - mimo wszystko - głębszego obycia z arabszczyzną. Czy mimo to zdołał przeprowadzić wnikliwe badanie leksykograficzne, jakim byłby przecież zestawiony przez niego "koński słowniczek"?
Dość wcześnie, bo w XVI-XVII wieku, Polacy zetknęli się także, za pośrednictwem Turków, z koniem czystej krwi arabskiej. I już z XVI wieku pochodzą pierwsze wzmianki o hodowli tego konia w Knyszynie na Białostocczyźnie. Jednak w tamtych czasach koń arabski mógł być tylko cenionym okazem, zdobytym na wrogu; nie było mowy o sprowadzaniu większej liczby zwierząt. Na dobrą sprawę dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1778 Franciszek Ksawery Branicki założył w Szamrajówce / Białej Cerkwi stadninę, w której zaczęto prowadzić świadomą, ukierunkowaną hodowlę konia arabskiego, sprowadzanego ze Wschodu. Braniccy osiągnęli tak znakomity poziom, że w 1864 nawet sam sułtan turecki zakupił od nich setkę koni do nowo założonej stadniny pod Stambułem.
W XIX wieku, m.in. dzięki zmianom w dziedzinie środków transportu, Europejczycy, w tym również Polacy mogli znacząco wzbogacić się w konie arabskie, kupowane już nie przez tureckich pośredników ze Stambułu czy Odessy, ale bezpośrednio "u źródła". Zaczęto organizować specjalne ekspedycje na Wschód mające na celu pozyskanie koni. Często te wyprawy były owiane legendą, jak w przypadku podróży koniuszego Kajetana Burskiego związanego z rodziną Sanguszków czy przede wszystkim Wacława Rzewuskiego, który osobiście zadbał o stworzenie mitycznego nimbu wokół własnej postaci.
Legenda Rzewuskiego (1785-1831?) wplotła się w historię polskiego romantyzmu tak silnie, że dziś już właściwie nie sposób pamiętać o tym, że prawie wszystko w niej było - według wszelkiego prawdopodobieństwa - zmyśleniem. Rzewuski zapewne wcale nie był emirem "wszystkich Arabów", ani nawet samej tylko konfederacji Anizów. Wątpliwa jest także jego miłosna relacja z ową ekscentryczną angielską damą, zamieszkującą opustoszały klasztor maronicki, która w swoich pamiętnikach zaledwie raz wspomina o spotkaniu z Polakiem. Nic pewnie nie znaczą (chyba, że dla samego ich twórcy) tajemne znaki, słowa i symbole, jakie umieścił na rysunkach ilustrujących jego pisany po francusku pamiętnik-traktat Sur les chevaux orientaux et provenants des races orientales. Cała wyprawa w głąb Arabii po konie, jaką odbył w 1817, rozgrywała się gdzieś na pograniczu rzeczywistości i snu, fantazji, może mitomanii. Zapewne zastał kraj w ruinie, wyniszczony przez egipską ekspedycję pod wodzą Ibrahima Paszy, wymierzoną przeciwko wahhabitom. Jednak pozostawione przez niego świadectwo właściwie o tym nie mówi, a Arabia nadal sprawia wrażenie na wpół fantastycznej krainy leżącej poza czasem i poza historią.
Rysunki Rzewuskiego wykonane podczas wyprawy do Arabii. Wybrane ilustracje z rękopisu, znajdującego się w Bibliotece Narodowej w Warszawie, zostały wydane w 2004 w postaci albumu opracowanego przez Tadeusza Majdę, Podróż do Arabii : o koniach kohejlanach, beduinach i przygodach w Arabii (na podstawie rękopisu Wacława Seweryna Rzewuskiego Sur les chevaux orientaux et provenants des races orientales) .Bez wątpienia Rzewuski szukał w Arabii nie tylko koni, ale i przestrzeni dla swojego fantazjowania, dla ucieczki od historycznych dramatów i od niezadowalającej teraźniejszości. Tym niemniej proste, niemal naiwne rysunki z rękopisu znajdującego się obecnie w Bibliotece Narodowej mają swoistą aurę autentyzmu. To, co wydaje się na nich nieprawdopodobne miesza się ze zmysłem obserwacji i wnikliwością filologa odnotowującego arabskie nazwy najdrobniejszych szczegółów końskiej anatomii.
Postacią Rzewuskiego zajmowano się już wielokrotnie, i wielokrotnie też apelowano o pogłębienie badań nad pozostawionym przez niego świadectwem. Prawie czterdzieści lat temu, Jan Reychman poświęcił mu rozdział swojej pracy Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX wieku (Warszawa 1972), formułując cały szereg pytań i wątpliwości. Choć generalnie wierzył w "autentyczność" przekazanych przez Rzewuskiego danych dotyczących folkloru czy takich kwestii, jak rozmieszczenie i struktura plemion, dziwiło go, iż Polak, pozostawiwszy mapę z trasami swojej rzekomej marszruty po wnętrzu Półwyspu Arabskiego, nie wdawał się w zbyt szczegółowe opisy terenów Nadżdu i Dżabal Szammar. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że w wielu wypadkach mógł być pierwszym Europejczykiem odwiedzającym te słabo wówczas poznane rejony? Reychman miał całą serię pomysłów badawczych dotyczących Rzewuskiego; trudno mi powiedzieć, czy i na ile zostały one do tej pory zrealizowane. Frapuje mnie choćby myśl o sprawdzeniu autentyczności całej tej leksykalnej skarbnicy dotyczącej konia, jaką zebrał polski "emir". Wiadomo, że w Wiedniu uczył się arabskiego, ale badacz zwraca uwagę nie tylko na naiwność podejmowanych przez niego prób snucia dociekań etymologicznych, lecz także na na fakt, że pismo odręczne Rzewuskiego wydaje się niewyrobione, co może zdradzać dyletantyzm i brak - mimo wszystko - głębszego obycia z arabszczyzną. Czy mimo to zdołał przeprowadzić wnikliwe badanie leksykograficzne, jakim byłby przecież zestawiony przez niego "koński słowniczek"?
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Marwan al-Shaqab
Jednym z moich ulubionych koni jest obecnie Marwan al-Shaqab, qatarski przychówek z 2000 roku; bardzo utytułowany jak World Champion Colt, a później, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, World Champion Stallion. Został sprowadzony do Hiszpanii przez Marietę Salas, gdzie dokonywał wielkich czynów jako ogier w stadninie Ses Planes. Potem trafił do Teksasu, do Micheala Byatt'a. Zasłynąwszy tym, że spłodził więcej world champions niż jakikolwiek inny ogier, powrócił wreszcie w zeszłym roku do rodzinnej stajni Al-Shaqab.
Stadnina, założona w 1992 przez emira Hamada ibn Chalifę al-Thaniego, otrzymała nader patriotyczne miano Al-Shaqab w nawiązaniu do bitwy z Turkami na początku I wojny światowej, będącej wielkim zwycięstwem nie tylko ludzkim, ale też i końskim. Organizuje się tam pokazy i rajdy wytrzymałościowe, a więc ten rodzaj zawodów, który najpełniej chyba pokazuje zalety konia arabskiego.
Stadnina, założona w 1992 przez emira Hamada ibn Chalifę al-Thaniego, otrzymała nader patriotyczne miano Al-Shaqab w nawiązaniu do bitwy z Turkami na początku I wojny światowej, będącej wielkim zwycięstwem nie tylko ludzkim, ale też i końskim. Organizuje się tam pokazy i rajdy wytrzymałościowe, a więc ten rodzaj zawodów, który najpełniej chyba pokazuje zalety konia arabskiego.
niedziela, 4 kwietnia 2010
Anne Blunt
Jedną z moich ulubionych postaci jest lady Anne Blunt (1837-1917), wnuczka Byrona, skrzypaczka i rysowniczka pod kierunkiem Ruskina, autorka paru książek o Arabii, ale przede wszystkim osoba odpowiedzialna za sprowadzenie konia arabskiego do Anglii. Wraz z mężem, Wilfridem Scawen Bluntem, założyła słynną stadninę Crabbet.
Anne Blunt była pierwszą europejską podróżniczką w Arabii Centralnej, a przynajmniej pierwszą, której świadectwo o tym kraju się zachowało. Bluntowie podróżowali do Arabii i na Bliski Wschód kilkakrotnie, począwszy od końca lat '70 XIX wieku, skupując konie bezpośrednio od Beduinów i w Egipcie, gdzie Ali Pasza Szerif prowadził wówczas świadomy program hodowlany w oparciu o konie pochodzące ze stajen Abbasa I.
Nie wydaje się jednak, aby Bluntowie byli zgodnym stadłem; przeciwnie, lady Anne nie miała łatwego życia, a Wilfrid, na podstawie świadectw, jakie się zachowały, może sprawiać wrażenie irytującego głupka. Nie dość, że jego arabskie fascynacje przełożyły się na próby wprowadzenia do Anglii haremowego stylu życia, to jeszcze miał dziwaczne poglądy na hodowlę koni, które próbował trzymać w surowych warunkach, mających w jego wyobrażeniu zachować ich "pustynny" charakter. W ten sposób doszło do rozstania i podziału majątku, na mocy którego Anne zachowała Crabbet Park i połowę koni. Później przekazała tę stadninę córce Judith, a sama osiadła aż do śmierci w otoczonej brzoskwiniowym sadem posiadłości Sheikh Ubeyd pod Kairem, gdzie również trzymała konie, jakie Bluntowie już wcześniej posiadali w Egipcie.
Anne Blunt miała własną wizję hodowlaną, polegającą na zachowaniu konia arabskiego jako odrębnej rasy. W tym celu starała się zgromadzić konie różnorodne, reprezentujące możliwie szeroki przekrój różnych linii rodowodowych, ale jednocześnie pozostawała wierna idei konia czystej krwi, zachowania rasy w możliwie niezmienionej postaci. Ta filozofia kontrastuje z innym, częstym w tamtych czasach podejściem, polegającym na wykorzystaniu konia arabskiego do "polepszania" ras lokalnych, jak to czyniono m.in. w Austrowęgrach czy również w Polsce. Postrzeganie rasy arabskiej jako wartości samoistnej było podówczas swego rodzaju nowością, toteż bez przesady można powiedzieć, że bez Anne Blunt i garstki jej podobnych pasjonatów, którzy przyswoili sobie beduińskie pojęcie asil (czystości), losy tego konia mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.
Historia Crabbet Stud ma polski akcent w postaci bieluteńkiego ogiera Skowronka, potomka Ibrahima, którego Józef Potocki sprowadził z Arabii. Później ciągnie się aż do 1971. Wyprzedaż koni, jaka wówczas nastąpiła, była zarazem jakimś końcem i początkiem nowego rozdziału, bo konie z Crabbet przeniosły się do stajni al-Marah w USA i Fenwick w Australii, a więc do krajów mających dziś ogromne znaczenie w hodowli konia arabskiego. Wiele też trafiło z powrotem do Egiptu.
U góry: Anne Blunt w stroju beduińskim z klaczą Kasidą, ok. 1900 (Wikimedia Commons).
sobota, 3 kwietnia 2010
"Wynalazek" hodowli konia arabskiego
Podobno koń arabski należy do najstarszych ras, co potwierdzają świadectwa archeologiczne sprzed 4500 lat. Już wtedy odmiana, nazywana dziś koniem gorącokrwistym, oddzieliła się od reszty końskiego rodu. Bardzo wcześnie zaczęła też być świadomie kształtowana przez człowieka.
Ciekawi mnie tu mechanizm kulturowy, jaki mógł prowadzić do tego "wynalazku" świadomej hodowli na długo przed pojawieniem się pojęć dotyczących dziedziczenia cech. Myślę, że duże znaczenie miało tu odniesienie schematów wyobraźni ukształtowanych w ramach organizacji rodowo-plemiennej do świata specjalnego i cenionego zwierzęcia, jakim był koń. Od niepamiętnych czasów Arabowie kultywowali nasab, to znaczy zbierali i przechowywali pamięć o liniach genealogicznych, z jakich sami się wywodzili. Ta pamięć miała dla nich wielkie znaczenie jako podstawa kohezji grup i element cementujący sojusze, nic więc dziwnego, że stanowiła prawdziwą oś organizującą cały ich świat. Te same schematy zaczęto więc odnosić także do zwierząt, przydając im nazwiska i rodowody, a następnie "swatając" je między sobą.
Jednak co ciekawe, o ile Arabowie samych siebie pojmowali w kategoriach ściśle patrylinearnych (oznacza to, że tożsamość i status dziecka zależał niemal wyłącznie od statusu ojca, niezależnie od tego, kim była matka), o tyle, jak mi się wydaje, konie były bardziej matrylinearne. O ważności linii żeńskiej świadczy już sama legenda mówiąca, że cztery główne typy konia arabskiego wywodzą się od czterech klaczy należących do Mahometa, które jako jedyne z całego tabunu zawróciły od wodopoju na wezwanie Proroka. Natomiast o ogierach Mahometa tradycja milczy, a przynajmniej ja nie spotkałam się nigdy z żadnym przekazem na ten temat. Oczywiście musiały być jakieś ogiery, ale z drugiej strony w starożytnym świecie (np. wśród Greków) krążyło też wierzenie mówiące, że wyjątkowo szybkie konie rodzą się z klaczy zapłodnionych przez... wiatr. Nie wiem, czy również Arabowie podzielali tego rodzaju przesądy, ale chyba nie można tego całkiem wykluczyć. Ale być może podkreślanie ważności linii żeńskiej mogło równie dobrze opierać się na empirycznej obserwacji, że jakość źrebięcia zależy w większej mierze od jakości klaczy niż od jakości ogiera. Jednakże to, co mogło być konkluzją z obserwacji miesza się tu z rozmaitymi wyobrażeniami, dla których trudno znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Sądzono na przykład, że prawdziwa klacz asila, reprezentantka najczystszej krwi, traci swoje właściwości, "psuje się", jeśli zostanie choćby raz pokryta ogierem, którego szlachetność mogła budzić wątpliwości. Być może więc o "matrylinearności" konia przesądził po prostu fakt, że zachowywano bardzo niewiele ogierów.
Uderzająca doskonałość konia arabskiego, widoczna zarówno w jego cielesnych kształtach, jak i zaletach charakteru, jest bowiem wynikiem zwielokrotnionej presji selekcyjnej. Beduin, sami przymierając głodem, bardzo rzadko mógł sobie pozwolić na utrzymanie konia, karmionego nie trawą, bo tej w centralnej Arabii jest jak na lekarstwo, ale daktylami i wielbłądzim mlekiem, a więc tym samym, czym sam się żywił. Dlatego też większość źrebiąt zabijano, a do hodowli przeznaczano tylko te najbardziej obiecujące.
Koń, zwłaszcza jeśli posiadał zalety charakteru, takie jak lojalność i odwaga, oddawał jednak wielkie usługi w walkach międzyplemiennych, zwłaszcza ze względu na szybkość, zwrotność i precyzję ataku, co dawało mu przewagę nad wielbłądem. Powstanie współczesnych państw i koniec walk międzyplemiennych, a później fascynacja samochodem jako środkiem transportu i symbolem statusu doprowadziła do wielkiego kryzysu hodowli na Półwyspie Arabskim. To odejście od konia było dość krótkotrwałe, ale bardzo destrukcyjne w skutkach. Toteż dzisiaj pojęcie asil można stosować już tylko w dość umownym znaczeniu, bo w dużej mierze koń arabski jest na tych terenach wynikiem reintrodukcji w oparciu o materiał hodowlany zachowany w świecie zachodnim, a zrąb wielkich stadnin saudyjskich i emirackich stanowią często konie zakupione za ciężkie miliony w Stanach Zjednoczonych czy Australii.
Ciekawi mnie tu mechanizm kulturowy, jaki mógł prowadzić do tego "wynalazku" świadomej hodowli na długo przed pojawieniem się pojęć dotyczących dziedziczenia cech. Myślę, że duże znaczenie miało tu odniesienie schematów wyobraźni ukształtowanych w ramach organizacji rodowo-plemiennej do świata specjalnego i cenionego zwierzęcia, jakim był koń. Od niepamiętnych czasów Arabowie kultywowali nasab, to znaczy zbierali i przechowywali pamięć o liniach genealogicznych, z jakich sami się wywodzili. Ta pamięć miała dla nich wielkie znaczenie jako podstawa kohezji grup i element cementujący sojusze, nic więc dziwnego, że stanowiła prawdziwą oś organizującą cały ich świat. Te same schematy zaczęto więc odnosić także do zwierząt, przydając im nazwiska i rodowody, a następnie "swatając" je między sobą.
Jednak co ciekawe, o ile Arabowie samych siebie pojmowali w kategoriach ściśle patrylinearnych (oznacza to, że tożsamość i status dziecka zależał niemal wyłącznie od statusu ojca, niezależnie od tego, kim była matka), o tyle, jak mi się wydaje, konie były bardziej matrylinearne. O ważności linii żeńskiej świadczy już sama legenda mówiąca, że cztery główne typy konia arabskiego wywodzą się od czterech klaczy należących do Mahometa, które jako jedyne z całego tabunu zawróciły od wodopoju na wezwanie Proroka. Natomiast o ogierach Mahometa tradycja milczy, a przynajmniej ja nie spotkałam się nigdy z żadnym przekazem na ten temat. Oczywiście musiały być jakieś ogiery, ale z drugiej strony w starożytnym świecie (np. wśród Greków) krążyło też wierzenie mówiące, że wyjątkowo szybkie konie rodzą się z klaczy zapłodnionych przez... wiatr. Nie wiem, czy również Arabowie podzielali tego rodzaju przesądy, ale chyba nie można tego całkiem wykluczyć. Ale być może podkreślanie ważności linii żeńskiej mogło równie dobrze opierać się na empirycznej obserwacji, że jakość źrebięcia zależy w większej mierze od jakości klaczy niż od jakości ogiera. Jednakże to, co mogło być konkluzją z obserwacji miesza się tu z rozmaitymi wyobrażeniami, dla których trudno znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Sądzono na przykład, że prawdziwa klacz asila, reprezentantka najczystszej krwi, traci swoje właściwości, "psuje się", jeśli zostanie choćby raz pokryta ogierem, którego szlachetność mogła budzić wątpliwości. Być może więc o "matrylinearności" konia przesądził po prostu fakt, że zachowywano bardzo niewiele ogierów.
Uderzająca doskonałość konia arabskiego, widoczna zarówno w jego cielesnych kształtach, jak i zaletach charakteru, jest bowiem wynikiem zwielokrotnionej presji selekcyjnej. Beduin, sami przymierając głodem, bardzo rzadko mógł sobie pozwolić na utrzymanie konia, karmionego nie trawą, bo tej w centralnej Arabii jest jak na lekarstwo, ale daktylami i wielbłądzim mlekiem, a więc tym samym, czym sam się żywił. Dlatego też większość źrebiąt zabijano, a do hodowli przeznaczano tylko te najbardziej obiecujące.
Koń, zwłaszcza jeśli posiadał zalety charakteru, takie jak lojalność i odwaga, oddawał jednak wielkie usługi w walkach międzyplemiennych, zwłaszcza ze względu na szybkość, zwrotność i precyzję ataku, co dawało mu przewagę nad wielbłądem. Powstanie współczesnych państw i koniec walk międzyplemiennych, a później fascynacja samochodem jako środkiem transportu i symbolem statusu doprowadziła do wielkiego kryzysu hodowli na Półwyspie Arabskim. To odejście od konia było dość krótkotrwałe, ale bardzo destrukcyjne w skutkach. Toteż dzisiaj pojęcie asil można stosować już tylko w dość umownym znaczeniu, bo w dużej mierze koń arabski jest na tych terenach wynikiem reintrodukcji w oparciu o materiał hodowlany zachowany w świecie zachodnim, a zrąb wielkich stadnin saudyjskich i emirackich stanowią często konie zakupione za ciężkie miliony w Stanach Zjednoczonych czy Australii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



